----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

18 czerwca 2026

Udostępnij znajomym:

Kilka miesięcy temu Donald Trump mówił o bezwarunkowej kapitulacji Iranu. W środę podpisał umowę, która daje Teheranowi 300 miliardów dolarów i znosi sankcje. Obie strony ogłosiły zwycięstwo.

Po kilku miesiącach wojny między Stanami Zjednoczonymi, Izraelem i Iranem strony podpisały memorandum porozumienia, które ma zakończyć działania wojenne i otworzyć drogę do dalszych negocjacji. Sam dokument przedstawiany jest przez administrację Donalda Trumpa jako sukces dyplomatyczny i początek nowego etapu relacji z Teheranem.

Jednak niemal natychmiast po ujawnieniu jego treści pojawiło się pytanie, które powtarza się dziś w zaskakująco różnych środowiskach politycznych i medialnych. Zadają je zarówno komentatorzy Fox News, jak i New York Timesa. Zadają je republikańscy senatorowie, izraelscy politycy oraz część ekspertów zajmujących się Bliskim Wschodem.

Pytanie brzmi: co właściwie udało się osiągnąć?

Bo choć Iran poniósł poważne straty militarne, wiele zapisów memorandum wygląda bardziej jak powrót do sytuacji sprzed wojny niż efekt konfliktu, który miał na trwałe zmienić układ sił w regionie.

Powrót do punktu wyjścia?

Jeszcze kilka miesięcy temu administracja Trumpa mówiła o konieczności definitywnego rozwiązania problemu irańskiego programu nuklearnego. Pojawiały się postulaty całkowitego zakończenia wzbogacania uranu, demontażu infrastruktury nuklearnej, ograniczenia programu rakiet balistycznych oraz osłabienia wpływów Iranu w regionie. Momentami retoryka szła jeszcze dalej – pojawiały się sugestie dotyczące zmian politycznych w samym Iranie, a prezydent Trump mówił o „bezwarunkowej kapitulacji".

Tymczasem memorandum podpisane po miesiącach walk nie rozwiązuje żadnej z tych kwestii.

Dokument przewiduje natychmiastowe zawieszenie broni, otwarcie Cieśniny Ormuz, rozpoczęcie nowej rundy negocjacji nuklearnych oraz stopniowe łagodzenie sankcji. Problem polega na tym, że większość tych elementów istniała również przed wybuchem wojny.

Przed konfliktem Cieśnina Ormuz była otwarta i dopiero wojna doprowadziła do jej zablokowania, wywołała gwałtowny wzrost cen energii i obawy o globalny kryzys gospodarczy. Przed wojną trwały również rozmowy dotyczące irańskiego programu nuklearnego – trudne, często przerywane i bez przełomu, ale jednak istniejące.

Dziś negocjacje mają rozpocząć się ponownie.

To właśnie dlatego coraz częściej pojawia się pytanie, czy po miesiącach walk strony nie wracają po prostu do rozmów o tych samych problemach, które próbowały rozwiązać jeszcze przed pierwszymi bombardowaniami.

Co Iran dostał od razu

Największe kontrowersje budzi bilans korzyści wynikających z memorandum.

Iran uzyskuje możliwość wznowienia eksportu ropy dzięki specjalnym zwolnieniom z amerykańskich sankcji i dostęp do części zamrożonych aktywów. W dokumencie pojawia się również zapowiedź utworzenia funduszu odbudowy i rozwoju gospodarczego o wartości co najmniej 300 miliardów dolarów – więcej niż 270 miliardów, których Iran żądał – finansowanego przy współudziale partnerów regionalnych. Administracja USA podkreśla, że nie oznacza to przekazywania amerykańskich pieniędzy Teheranowi. Faktem pozostaje jednak, że Stany Zjednoczone zobowiązują się aktywnie wspierać proces odbudowy gospodarczej kraju, który jeszcze niedawno był celem amerykańskich bombardowań.

Istotne jest również to, czego memorandum nie zawiera. Nie ma wymogu natychmiastowego demontażu infrastruktury nuklearnej. Nie ma ograniczeń dotyczących programu rakiet balistycznych – Trump wykonał zresztą spektakularny zwrot, mówiąc w środę, że jest otwarty na posiadanie przez Iran „pewnej liczby" rakiet konwencjonalnych „w relatywnej proporcji" do sąsiednich krajów. Nie ma zapisów dotyczących zakończenia wsparcia dla Hezbollahu, Hamasu, Huti czy innych organizacji wspieranych przez Iran. Nie ma także jasno określonego mechanizmu egzekwowania przyszłego porozumienia.

Co więcej, sam tekst dokumentu zawiera wewnętrzną sprzeczność. Paragraf 11 mówi, że zamrożone aktywa Iranu zostaną odblokowane dopiero po wdrożeniu MOU i ustaleniu procedur w trakcie 60-dniowych negocjacji. Ale paragraf 13 stanowi, że negocjacje nie zaczną się, dopóki nie rozpocznie się wdrażanie obietnicy z paragrafu 11. Innymi słowy – każde z tych postanowień jest uzależnione od drugiego.

W praktyce oznacza to, że niemal wszystkie konkretne ustępstwa zapisane w memorandum dotyczą złagodzenia presji na Iran lub przywrócenia stanu sprzed wojny. Natomiast kwestie, które miały uzasadniać rozpoczęcie konfliktu, zostały przesunięte do kolejnej rundy negocjacji.

Krytyka płynie także z prawej strony

Szczególnie interesujące jest to, że najostrzejsza krytyka nie pochodzi wyłącznie od demokratów.

Republikański senator Bill Cassidy nazwał memorandum jednym z największych błędów amerykańskiej polityki zagranicznej od dekad. Jego rachunek jest prosty i bezlitosny: „Przed wojną cieśnina była otwarta, Iran był miażdżony sankcjami, a 13 żołnierzy wciąż żyło. Teraz 13 Amerykanów nie żyje, rodziny zapłaciły miliardy przy dystrybutorach, sankcje zostaną zniesione, a bombardowania ustały". Cassidy dodał, że Teheran wyciągnął z tego konfliktu jednoznaczną lekcję: groźba zablokowania Cieśniny Ormuz może skutecznie zmusić Zachód do ustępstw.

Były wiceprezydent Mike Pence porównał memorandum do polityki ustępstw, którą republikanie przez lata krytykowali w porozumieniu nuklearnym zawartym przez administrację Baracka Obamy.

Nikki Haley nazwała umowę „ogromnym błędem", argumentując, że odblokowanie środków finansowych pozwoli Iranowi odbudować część potencjału zniszczonego podczas wojny.

Jeszcze dalej poszli niektórzy konserwatywni komentatorzy – Mark Levin pytał, dlaczego Waszyngton rezygnuje z najważniejszych narzędzi nacisku jeszcze przed uzyskaniem konkretnych ustępstw, inni publicyści mówili wprost o „kapitulacji".

Oczywiście nie wszyscy republikanie podzielają te opinie. Senator Lindsey Graham stwierdził, że jeśli alternatywą miałaby być dalsza wojna, warto dać negocjacjom szansę. Sam fakt jednak, że tak silna krytyka płynie z obozu zwykle wspierającego Trumpa, pokazuje skalę kontrowersji.

Izrael też nie świętuje

Jeszcze kilka miesięcy temu izraelskie władze mówiły o historycznej szansie na trwałe ograniczenie zagrożenia ze strony Iranu. Tymczasem wielu izraelskich polityków i komentatorów uważa dziś, że kluczowe cele nie zostały osiągnięte. Lider opozycji Jair Lapid podsumował sytuację bez ogródek: „Netanjahu obiecał nam historyczne zwycięstwo – a dostaliśmy kryzys z Amerykanami, Hormuz otwarty dla Irańczyków, pieniądze dla Gwardii Rewolucyjnej, rakiety balistyczne wycelowane w Izrael i Izrael czekający w korytarzu jak zbesztane dziecko."

Część izraelskich ekspertów zwraca uwagę, że memorandum nie zawiera wielu elementów, które jeszcze niedawno były przedstawiane jako warunek sukcesu: likwidacji programu rakietowego, całkowitego usunięcia wzbogaconego uranu czy zerwania relacji między Teheranem a organizacjami zbrojnymi działającymi w regionie. Netanjahu zresztą nie podpisał MOU – co może poważnie zagrozić całemu procesowi, ponieważ dokument wymaga od Izraela zakończenia kampanii przeciwko Hezbollahowi i wycofania wojsk z południowego Libanu.

Czy było warto?

Iran poniósł poważne straty militarne – zniszczono część infrastruktury wojskowej, osłabiono jego zdolności operacyjne, a gospodarka znalazła się pod jeszcze większą presją niż przed wojną. Administracja USA przekonuje, że dalsze negocjacje będą prowadzone z pozycji siły. Ceny ropy po ogłoszeniu umowy gwałtownie spadły – benzyna w USA po raz pierwszy od miesięcy kosztuje mniej niż 4 dolary za galon.

Nie zmienia to jednak faktu, że coraz więcej komentatorów zadaje niewygodne pytanie: jeżeli końcowym efektem jest ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz, częściowe zniesienie sankcji, wznowienie eksportu irańskiej ropy oraz rozpoczęcie kolejnej rundy negocjacji dotyczących programu nuklearnego – to dlaczego nie udało się osiągnąć tego bez wojny?

Ostateczna ocena konfliktu będzie zależała od tego, co wydarzy się w najbliższych miesiącach. Jeśli negocjacje doprowadzą do trwałego ograniczenia irańskiego programu nuklearnego, USA będą mogły mówić o sukcesie. Jeśli jednak rozmowy zakończą się fiaskiem, wielu historyków może dojść do wniosku, że po miesiącach walk, ogromnych kosztach, kryzysie energetycznym i napięciach międzynarodowych Stany Zjednoczone wróciły do rozmów o tych samych problemach, które próbowały rozwiązać przed pierwszym wystrzałem.

Sam Trump wydaje się zresztą doskonale zdawać sobie sprawę z niepewności tego, co podpisał. „Jeśli się uda, wezmę za to kredyt" – powiedział na szczycie G7. „Jeśli się nie uda, obarczę winą JD".

źródła: The Hill, Fox News, NBC News, Washington Post, New York Times, The Guardian

----- Reklama -----

NAVA

----- Reklama -----

NAVA

----- Reklama -----

Dorota Zielinski

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor