----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

25 września 2025

Udostępnij znajomym:

Polski himalaista i narciarz wysokogórski Andrzej Bargiel dokonał czegoś, co dotąd wydawało się niemożliwe. Jako pierwszy człowiek w historii zdobył Mount Everest bez użycia dodatkowego tlenu i zjechał ze szczytu na nartach aż do końca śniegu poniżej lodospadu Khumbu. Tym samym 37-letni sportowiec z Polski na trwałe zapisał się w gronie legend światowego alpinizmu i narciarstwa ekstremalnego.

Najwyższa góra świata, mierząca 8 849 metrów n.p.m., od zawsze stanowiła symbol ekstremalnego wyzwania dla wspinaczy i himalaistów. Samo wejście na jej wierzchołek wymaga nie tylko ogromnej kondycji i determinacji, ale także precyzyjnego planowania, a często także szczęścia. Bargiel podniósł poprzeczkę jeszcze wyżej – zdobył szczyt Everestu i następnie zjechał na nartach do bazy, nie korzystając z tlenu z butli.

37-letni Polak miał już na koncie wyjątkowe osiągnięcia – jako jedyny człowiek zjechał na nartach ze wszystkich ośmiotysięczników Karakorum, w tym z K2, gdzie dokonał pierwszego i jedynego pełnego zjazdu bez dodatkowego tlenu. Teraz do tej listy dopisał Everest.

22 września 2025 roku, po niemal 16 godzinach wspinaczki w strefie śmierci – powyżej 8 tysięcy metrów, gdzie organizm funkcjonuje na granicy możliwości – Bargiel stanął na najwyższym punkcie Ziemi. Chwilę później przypiął narty i ruszył w dół klasyczną drogą przez South Col. Tego samego wieczoru dotarł do obozu II, gdzie zatrzymał się na odpoczynek, ponieważ zapadający zmrok uniemożliwiał bezpieczne poruszanie się. Nazajutrz o świcie pokonał jeden z najtrudniejszych odcinków – lodospad Khumbu – wspierany przez drona pilotowanego przez jego brata Bartka, i bezpiecznie dotarł do bazy.

Wyzwanie na granicy ludzkich możliwości

Wejście było bardzo trudne, bo o tej porze roku inne wyprawy są już zamknięte. Trzeba było włożyć znacznie więcej pracy, a warunki były dużo cięższe. Nigdy wcześniej nie spędziłem tak dużo czasu na takiej wysokości, to było samo w sobie ogromnym wyzwaniem – przyznał Bargiel.

Na tej wysokości – porównywalnej z pułapem przelotowym samolotów pasażerskich – powietrze zawiera jedynie jedną trzecią tlenu dostępnego na poziomie morza. Zbyt długie przebywanie w takich warunkach może prowadzić do obrzęku płuc, uszkodzenia mózgu, a nawet śmierci. Mimo to Bargiel nie tylko wytrzymał niemal 16 godzin w strefie śmierci, ale jeszcze zdołał wykonać kontrolowany zjazd.

„To jeden z najważniejszych momentów w mojej karierze sportowej. Zjazd z Everestu bez tlenu był marzeniem, które dojrzewało we mnie od lat. Wiedziałem, że trudne jesienne warunki i wytyczenie linii zjazdu przez lodowiec Khumbu będą największym wyzwaniem, jakie mogę podjąć” – podsumował.

Aby przygotować organizm do ekstremalnej wysokości, Bargiel stosował specjalny program aklimatyzacyjny, polegający na wielokrotnych wejściach i zejściach między kolejnymi obozami. 21 września o godzinie 23:24 wyruszył z obozu IV, spędzając blisko 16 godzin w tzw. strefie śmierci powyżej 8 tysięcy metrów, gdzie każdy krok kosztuje ogromny wysiłek. Mimo świeżych, obfitych opadów śniegu dotarł na szczyt 22 września około 15:17 – cały czas bez tlenu. Następnie przypiął narty i rozpoczął zjazd. O 15:35 minął Hillary Step, po kilku minutach dotarł do Balkonu i South Col, a około 20:30 był już w obozie II, po lewej stronie grani Geneva Spur.

Jego wyczyn uznawany jest za przełom w historii himalaizmu, narciarstwa wysokogórskiego i ludzkiej wytrzymałości. To dowód na to, jak daleko można przesunąć granice dzięki determinacji, przygotowaniu i niezwykłej odporności.

Historia tego zjazdu z Everestu zostanie pokazana w filmie dokumentalnym, którego premiera zaplanowana jest na 2026 rok.

----- Reklama -----

KD MARKET 2026

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor