Hasło DEI (Diversity, Equity and Inclusion — różnorodność, równość i inkluzywność) od lat jest jednym z głównych celów krytyki środowisk konserwatywnych. Programy promujące reprezentację mniejszości w firmach, na uczelniach czy w administracji określano jako ideologiczne, niesprawiedliwe i podważające zasadę meritokracji. Dziś jednak w amerykańskiej debacie publicznej pojawia się wątek, który dla części komentatorów brzmi zaskakująco znajomo.
Chodzi o rosnącą liczbę głosów, że ewangeliczni chrześcijanie — jedna z największych grup religijnych w USA — są niedostatecznie reprezentowani w elitarnych instytucjach. Argument ten pojawia się w tekstach publicystycznych i analizach konserwatywnych autorów, którzy wskazują, że choć ewangelicy stanowią znaczną część społeczeństwa, ich obecność w zarządach firm, na prestiżowych uczelniach czy w najwyższych instancjach władzy jest ograniczona.
Zwolennicy tej tezy twierdzą, że problemem nie są formalne bariery, lecz zmiana kulturowa w instytucjach. Ich zdaniem wiele środowisk — od uczelni po duże firmy — staje się mniej przyjaznych osobom o konserwatywnych, religijnych poglądach. W efekcie część społeczeństwa nie znajduje dziś swojego odzwierciedlenia w elitach.
Krytycy szybko dostrzegli w tych argumentach pewien paradoks. Jeszcze niedawno podobne rozumowanie — wskazujące na niedoreprezentowanie określonych grup i potrzebę jego korekty — było charakterystyczne dla polityk DEI, które spotykały się z ostrą krytyką ze strony tych samych środowisk. Dziś, jak zauważają oponenci, pojawia się bardzo zbliżona logika, choć zastosowana do innej grupy — tej, która wcześniej krytykowała DEI.
Różnica, na którą zwracają uwagę konserwatyści, dotyczy sposobu rozwiązania problemu. W ich ujęciu nie chodzi o kwoty czy formalne preferencje, lecz o zmianę klimatu instytucji i ograniczenie — jak to określają — ideologicznych filtrów w rekrutacji i awansach. Postulat brzmi raczej: „otworzyć drzwi” niż „zagwarantować miejsca”.
Spór ten wpisuje się w szerszą debatę o tym, czym jest reprezentatywność i czy instytucje powinny odzwierciedlać strukturę społeczną kraju. Zwolennicy podejścia liberalnego podkreślają, że kluczowe powinny być kompetencje i neutralność światopoglądowa, a nie przynależność do jakiejkolwiek grupy. Z kolei ich oponenci wskazują, że pełna „neutralność” bywa iluzją, a brak różnorodności poglądów może prowadzić do jednostronności decyzji i oderwania elit od reszty społeczeństwa.
Dyskusja nabiera znaczenia w kontekście zmian politycznych i kulturowych ostatnich lat. Spory o rolę religii w życiu publicznym, wolność słowa czy charakter edukacji coraz częściej łączą się z debatą o strukturze elit. W tym sensie pytanie o obecność ewangelików w „korytarzach władzy” staje się częścią szerszego sporu o to, kto i na jakich zasadach kształtuje amerykańskie instytucje.
Na razie trudno mówić o konkretnych projektach czy rozwiązaniach systemowych. Mamy raczej do czynienia z wyraźnym trendem w argumentacji, który dopiero się kształtuje. Już dziś jednak widać, że debata wokół DEI — jeszcze niedawno kojarzona głównie z jedną stroną sporu — staje się bardziej złożona. Argumenty, które przez lata odrzucano jako ideologiczne, zaczynają pojawiać się także po stronie ich dawnych krytyków.
Źródła: teksty publicystyczne Aarona M. Renna o niedoreprezentowaniu ewangelików, The Washington Post, Pew Research Center, debata o DEI w mediach i analizach m.in. The New York Times, The Wall Street Journal, National Review i Brookings Institution