Czerwiec przyniósł kierowcom w Chicago prawdziwą lawinę mandatów. Wszystko za sprawą 22 nowych fotoradarów, które właśnie rozpoczęły pracę. W ciągu zaledwie miesiąca wystawiły one ponad 91 tysięcy mandatów, a w sumie wszystkie 186 kamer w mieście wygenerowały ich ponad 240 tysięcy – to najwyższy wynik od blisko trzech lat.
Nowe fotoradary to część większego planu burmistrza Brandona Johnsona, który zapowiedział instalację 50 kolejnych urządzeń, aby załatać dziurę w budżecie miasta sięgającą 11,4 miliona dolarów. Do sierpnia uruchomiono już 34 z nich. Koszty mandatów to 35 dolarów przy przekroczeniu prędkości od 6 do 10 mil na godzinę, a jeśli kierowca jedzie szybciej o 11 mil lub więcej – kwota rośnie do 100 dolarów.
Od samego początku, czyli od 2013 roku, system fotoradarów w Chicago wzbudza kontrowersje. Badania pokazały, że mandaty częściej otrzymują kierowcy z czarnych i latynoskich dzielnic, co wywołuje pytania o równość i sprawiedliwość. Z drugiej strony statystyki wskazują, że kamery realnie poprawiają bezpieczeństwo na drogach i mogą pomóc w zmniejszeniu liczby śmiertelnych wypadków, które dotykają szczególnie uboższe społeczności.
Skargi mieszkańców
Szczególnie głośno na ten temat mówi się w Edgebrook, gdzie kierowcy podkreślają, że kamery traktują bardziej jako narzędzie do zasilania budżetu miasta niż do poprawy bezpieczeństwa. „Dla mnie to sposób na ściąganie pieniędzy, a nie właściwa metoda” – żalił się jeden z mieszkańców północnej części Chicago, odnosząc się do kamery ustawionej przy 6600 N. Central.
Dane ujawnione przez Departament Dochodów Miasta na wniosek WGN pokazują, że tylko w ciągu miesiąca – od 15 czerwca do 15 lipca – ta jedna kamera wystawiła 440 ostrzeżeń, 989 mandatów za przekroczenie prędkości od 6 do 10 mil na godzinę oraz 112 mandatów za jazdę szybciej o ponad 11 mil. W sumie przełożyło się to na ponad 45 tysięcy dolarów kar.
Niektórzy mieszkańcy, jak Tim Garrity z Indiana Wood, wskazują na problem z oznakowaniem. „Nie wiadomo, do którego znaku się stosować, to naprawdę mylące” – tłumaczył. W Edgebrook Park obowiązuje bowiem ograniczenie do 30 mil na godzinę, ale przy sąsiadującej szkole podstawowej limit spada do 20 mil, gdy obecne są dzieci. Garrity przyznał, że dla świętego spokoju zawsze jeździ tam dwadzieścia mil na godzinę.
Zwolennicy nowych urządzeń
Są jednak i tacy, którzy uważają, że kamery spełniają swoją rolę. Tulin Alin twierdzi, że dzięki nim zniknął problem urządzania wyścigów na ulicy i niebezpiecznego przejeżdżania przez znaki stopu. „Ludzie naprawdę zwolnili, reakcja jest pozytywna”.
Podobnego zdania jest Arvydas Vasonis. „Dla mnie liczy się bezpieczeństwo. To drobna niedogodność. Wystarczy zwolnić przed szkołą czy parkiem” – zauważył.
Poszukiwanie rozwiązań
Rada Miasta powołała specjalną grupę roboczą ds. równości w egzekwowaniu przepisów. Jej raport ma być przedstawiony we wrześniu i może zawierać propozycje reform, takie jak wprowadzenie stawek zależnych od dochodów. Według badaczki z Uniwersytetu Illinois, prof. Stacey Sutton, dla części kierowców jeden mandat był wystarczającą lekcją, ale inni płacili kolejne, nie zmieniając swoich nawyków. Zdaniem Sutton, dopóki system nie uwzględni różnic ekonomicznych, nie będzie można mówić o prawdziwej sprawiedliwości.
Eksperci podkreślają, że fotoradary powinny być narzędziem poprawy bezpieczeństwa. Ich zwolennicy powołują się na liczne badania pokazujące spadek liczby wypadków w miejscach, gdzie urządzenia zostały zamontowane. Przeciwnicy z kolei coraz głośniej pytają, czy celem jest rzeczywiście bezpieczeństwo, czy raczej zasilanie miejskiej kasy.