Z Mokotowa do Śródmieścia
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

W momencie wybuchu Powstania Warszawskiego popularny w Chicago polonijny biznesmen i filantrop Stanisław Stawski ps. „Kazik” miał niespełna 20 lat. Do Armii Krajowej wstąpił w 1942 roku. Był żołnierzem kompanii łączności K4 w pułku Baszta. Godzina „W” została go na Mokotowie w rejonie ulic Grażyny i Pułaskiej. Spędził w powstaniu 63 dni. Został lekko ranny. Przeżył marsz kanałami z Mokotowa do Śródmieścia.

14 godzin w kanałach

„Tę drogę będę pamiętał do ostatnich chwil mojego życia – wspomina po latach. Spędziłem w kanałach 14 godzin. Pod koniec września wyruszyliśmy tą drogą z Mokotowa do Śródmieścia. Do pokonania mieliśmy parę kilometrów. Na trasie Niemcy wybudowali parę zapór, po prostu zamurowali prześwit kanału. Nasi saperzy otworzyli małą przestrzeń. Przez te otwory trzeba było się przeciskać, żeby iść dalej. Brodząc w fekaliach nie było to wcale takie łatwe. Wszędzie unosił się niesamowity smród. Szczególnie czuć było amoniak. Było ciemno jak nie powiem gdzie. Szedłem wraz z kolegą z drużyny, który był wysoki i niósł moją radiostację. Nie mogliśmy się jej pozbyć, bo nie było rozkazu. Szedł przodem i w pewnym momencie krzyknął gaz. Zrzucił skrzynkę z pleców i wraz z innymi ruszył do przodu. Ludzie biegli na oślep, popychali i wdeptywali jeden drugiego. Biegli w stronę Wisły, a tam były kraty i wyjść nie mogli. W panice wracali więc z powrotem. Ja miałem to szczęście, że jakoś podniosłem tę moją skrzynkę i też zacząłem przedzierać się dalej, ale w pewnym momencie natrafiłem ręką na załom w kanale. Okazało się, że to była jakaś odnoga odchodząca od głównej trasy marszu. Wcisnąłem się tam razem z radiostacją, aby przeczekać tę panikę. Po paru godzinach ruszyłem dalej. Już było spokojnie. Wyszedłem przy ulicy Piusa XI razem z radiostacją. Byłem praktycznie ślepy. Tam mnie umyli. Szybko musiałem zgłosić się do komendy. W dowództwie dziwili się, że taskałem tę radiostację. Po wyjściu z kwatery szedłem przez ulicę wykopem wzdłuż barykady. Ludzie przechodzili w obydwie strony. To było niewiarygodne, ale w pewnym momencie spostrzegłem idącego w moim kierunku ojca Kazimierza. Zaprowadził mnie tam, gdzie przez ostatnie dni się przechowywał. Była to piwnica w jednym ze zburzonych domów. Porozmawialiśmy i wróciłem do komendy. Nie sądziłem, że jeszcze się będziemy widzieć. Jak się po wojnie okazało, na szczęście wraz z mamą udało im się przeżyć. Po kapitulacji każdy, kto miał broń, musiał ją oddać. Wtedy rozstałem się z moją radiostacją. Niemcy prowadzili nas koło Politechniki drogą do Ożarowa. Tam w fabryce kabli byliśmy kilka dni. Dali nam coś jeść. Pamiętam, że były to sardynki, chleb, proszek mleczny i kakao. Po trzech dniach zapakowali nas do pociągu i ruszyliśmy na Śląsk, do miejscowości Lamsdorf, gdzie był olbrzymi obóz jeniecki” – wspominał ostatnie dni powstańcze Stanisław Stawski.

Pierwszy powstańczy bój

Dla 20-letniego wówczas chłopaka z podpoznańskiego Stęszewa, który po wyrzuceniu przez hitlerowców z rodzinnego majątku trafił w 1941 roku wraz z rodziną do Warszawy, działania powstańcze rozpoczęły się od ataku na szkołę przy ulicy Dworkowej na Mokotowie, gdzie skoszarowane były współpracujące z hitlerowcami oddziały ukraińskie. „W drużynie miałem siedmiu ludzi. Na wyposażeniu niemiecki pistolet maszynowy MP 40 Schmeisser i dwa granaty. O godzinie piątej wyszliśmy na ulicę, aby zaatakować szkołę. Gdy byłem w połowie ulicy Pułaskiej, Niemcy otworzyli do nas ogień z wysokiego budynku. Zabili mi jednego chłopaka. Pod ostrzałem wycofaliśmy się do Parku Dreszera. Nieopodal było kartoflisko. Tam zalegliśmy, żeby przeczekać noc. Padał deszcz, więc nie było zbyt przyjemnie. W nocy ostrzeliwali nas z drugiej strony pociskami świetlnymi, które rozrywały się nad głowami. Jeden z odłamków trafił mnie w rękę. Koledzy uznali, że nie mogę już obsługiwać pistoletu maszynowego i mi go zabrali. To chyba bardziej mnie bolało niż odniesiona rana. Dostałem jednak Visa. Rano wycofaliśmy się w głąb Mokotowa”.

„Będę żył długo…”

Stanisław Stawski może pochwalić się przysłowiowym żołnierskim szczęściem. W czasie akcji na zakłady metalowe Bruhn Werke, jego drużyna wdarła się do klatki schodowej budynku, gdzie na górnych piętrach byli Niemcy. W tym samym czasie fabrykę miały zaatakować inne odziały powstańcze. Jednak tak się nie stało. Hitlerowcy ze zdwojoną sił zaatakowali drużynę pana Stanisława. Pod ostrzałem powstańcom udało się wycofać do opuszczonego budynku na ulicy Grottgera, gdzie przeczekali noc, aby nad ranem dotrzeć do skarpy nadwiślańskiej i szczęśliwie wrócić do kompanii. W dowództwie wiedziano, że drużyna nie dostała wsparcia z innych kierunków i najprawdopodobniej wszyscy zginęli. Jakież było zdziwienie, gdy następnego dnia rano w komplecie zjawili się na miejscu zbiórki. „Koledzy powiedzieli do mnie – To nie ty, właśnie skończyliśmy mszę żałobną za Ciebie. Tak więc będę żył długo” – wspomina uśmiechając się sympatyczny starszy pan, który 20 sierpnia skończy 96 lat.

Powstańcze pożegnania

Powstanie to nie tylko walka ze znienawidzonym wrogiem, trudy marszu kanałami, ale także rozstania z najbliższymi. Na Mokotowie pan Stanisław stracił kuzynkę Emilię Jasińską, która była w kompanii łączniczką. Została ranna. Leżała w szpitalu, który był w piwnicy budynku przy ulicy Pułaskiej. „Gdy ja miałem okazję tam pójść, ona leżała już od kilkunastu dni. Miała masę odleżyn. Ciało odchodziło od kości. Pielęgniarki robiły, co mogły, ale nie było leków ani środków opatrunkowych. Przykro było patrzeć jak umiera. Nic nie mogłem zrobić. Za parę dni budynek został zbombardowany przez działa przeciwlotnicze i zniszczony. Ona tam została”.

Nowa ojczyzna

Po wyzwoleniu przez wojska amerykańskie obozu jenieckiego w Murnau, gdzie pod koniec wojny trafił Stanisław Stawski, nasz bohater wyjechał do Włoch, gdzie wstąpił do II Korpusu Władysława Andersa. Z Italii wraz z Korpusem trafił do Anglii. W 1951 roku z 20 dolarami w kieszeni wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Najpierw był w Nowym Jorku, a następnie trafił do stanu Indiana, gdzie pracował w stalowni. Trzy lata później rozpoczął pracę jako sprzedawca napojów alkoholowych. W 1958 roku założył własną firmę importującą żywność oraz alkohole z Polski i Europy, a z czasem i całego świata. Przez cztery dekady firma „Stanley Stawski Distributing” była jedną z największych na rynku chicagowskim etnicznych firm importujących wyroby alkoholowe. Z rynku wycofał się cztery lata temu. Uwielbia fotografować i podróżować. Przez lata wspierał wiele inicjatyw polonijnych na niwie kulturalnej i sportowej. Szczególnie wspierał akcje organizowane przez chicagowskie środowisko weterańskie skupiające byłych żołnierzy Armii Krajowej. Świadczą o tym liczne dyplomy i podziękowania. Po wojnie gościł dowódcę swojej kompani Jerzego Stefana Stawińskiego, autora książki „Kanał”.

W czasie okupacji, aż do powstania rodzice powstańca – Kazimierz i Wanda Stawscy ukrywali rodzinę żydowską. Za tę postawę zostali uhonorowani przez Instytut Jad Waszem w Jerozolimie tytułem „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. W chicagowskim Muzeum Holocaustu znajduje się tablica upamiętniająca Wandę i Kazimierza Stawskich. Jej odsłonięcie miało miejsce 6 listopada 2011 roku. Dziadek pana Stanisława walczył w Powstaniu Styczniowym, a ojciec w Powstaniu Wielkopolskim.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Baraniak