----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Współczynnik dzietności w USA osiągnął rekordowo niski poziom w 2020 roku – podobnie jak wcześniej w 2019 i 2018 roku. Z roku na rok jest on coraz niższy. Chociaż wydaje się, że pandemia przyspieszyła ten spadek, to trwa on już od lat.

Średnia liczba dzieci, które kobieta w Stanach Zjednoczonych rodzi w ciągu swojego życia, wynosi obecnie 1.64. Jest to nie tylko najniższy wynik odnotowany od czasu, gdy rząd zaczął śledzić te statystyki w latach 30. XX wieku, ale jest znacznie poniżej poziomu płodności zapewniającego tzw. zastępowalność pokoleń, który w USA ocenia się na około 2.1.

Ta ostatnia liczba jest tym, co naukowcy i decydenci od dawna uważali za wskaźnik pozwalający utrzymać stabilną liczbę ludności. Kiedy współczynnik dzietności spada poniżej poziomu zastępowalności pokoleń, populacja starzeje się i kurczy, co spowalnia wzrost gospodarczy i nadwyręża budżet.

Dzisiejsze dzieci są bowiem jutrzejszymi pracownikami i podatnikami: nie tylko będą obsługiwać szpitale i domy opieki, z których będziemy korzystać na starość, ale także podtrzymywać gospodarkę: finansując nasze emerytury, gdy na nie przejdziemy; płacąc podatki, które finansują ubezpieczenia społeczne, opiekę medyczną i wiele innych programów rządowych, na których będziemy polegać; kupować akcje, w które zainwestowaliśmy, aby budować nasze oszczędności.

Czy to problem? Tak i nie

Oczywiście, niższy przyrost naturalny stanowi problem, ale niektórzy eksperci mają wątpliwość, czy powinniśmy tak bardzo się tym niepokoić.

„Nie ma nic magicznego we wskaźniku na poziomie zastępowalności pokoleń" - uważa prof. Erich Striesnig, zajmujący się demografią i zrównoważonym rozwojem na Uniwersytecie Wiedeńskim. "Istnieją sposoby na pokonanie wyzwań związanych z niską płodnością, ale wymaga to inwestycji w ludzi, którzy już się urodzili".

Zastępowalność pokoleń to tylko teoria

Koncepcja płodności na poziomie zastępowalności pokoleń sięga co najmniej 1929 roku. W tym czasie wskaźniki urodzeń w Stanach Zjednoczonych i innych krajach uprzemysłowionych już spadały, a ludzie nie wiedzieli dlaczego. Próbując wyjaśnić to zjawisko, amerykański demograf, Warren Thompson, wysnuł teorię, że wraz z uprzemysłowieniem tych krajów ludzie uzyskali dostęp do lepszych leków i warunków sanitarnych, a także bezpieczniejszej wody pitnej, co doprowadziło do gwałtownego spadku śmiertelności. Ponieważ coraz więcej dzieci dożywało dorosłości, w końcu zaczęło się ich rodzić coraz mniej. W końcowej fazie tej „przemiany demograficznej” - mówił Thompson - wskaźnik dzietności ustabilizowałby się na poziomie prawie zastępowalności przy jednym urodzonym dziecku na każdego umierającego dorosłego.

Praca Thompsona była czysto teoretyczna, ale stała się podstawą dla demografii. Kiedy w latach sześćdziesiątych Organizacja Narodów Zjednoczonych zaczęła prognozować liczbę ludności na świecie, jej szacunki opierały się na założeniu Thompsona, co jeszcze bardziej utrwaliło ten koncept. Pomysł ten był atrakcyjny dla polityków i decydentów, ponieważ oznaczał, że nie musieliby się martwić, że populacje będą kurczyły się w nieskończoność. Mogli liczyć na to, iż nowe pokolenia pracowników i podatników utrzymają gospodarkę w ruchu, a programy rządowe będą finansowane, gdy starsi ludzie przestaną pracować. Jak się okazało,

Thompson miał tylko częściowo rację.

Wskaźniki urodzeń spadają wraz z uprzemysłowieniem krajów, ale nie przestają spadać, gdy osiągną poziom zastępowalności. Współczynniki te spadają obecnie poniżej akceptowanego poziomu w każdym postindustrialnym społeczeństwie i nie jest jasne, gdzie się zatrzymają.

Ale to, że wskaźnik dzietności w USA spadł poniżej 2.1 nie oznacza, że struktura społeczeństwa się załamie. W rzeczywistości niska płodność ma pewne zalety: łagodzi presję ekologiczną, zapobiega przeludnieniu i zmniejsza koszty infrastruktury, które towarzyszą rosnącej populacji.

Problemem jest gospodarka

Niska płodność stwarza jednak poważne wyzwania gospodarcze. Już teraz przewiduje się, że odsetek Amerykanów w wieku 65 lat i starszych wzrośnie z około 17 procent dzisiaj do 23 procent do 2060 roku. Spadek wskaźnika dzietności w Ameryce grozi przyspieszeniem tego trendu, a wielu ekspertów obawia się, że rosnąca populacja osób starszych będzie zbyt dużym obciążeniem dla zmniejszającej się siły roboczej w kraju.

Ale niektórzy demografowie uważają, że niemądrze jest porównywać dzisiejszą siłę roboczą z pracownikami, powiedzmy, za 40 lat. Czynni zawodowo mogą w przyszłości stanowić mniejszą część populacji, ale będą lepiej wykształceni, a przez to bardziej produktywni i lepiej przygotowani do zaspokajania potrzeb społeczeństwa.

W takim przypadku, jak twierdzą niektórzy, nie ma powodu zakładać, że płodność poniżej zastępowalności stanowi problem.

„Przyszłe pokolenia będą w stanie utrzymać więcej osób” – uważa Striesnig. Według jego obliczeń współczynnik dzietności może spaść do 1.5, zanim stanie się problemem.

Praca dla wszystkich

Chodzi o to, by jak najwięcej osób w wieku produkcyjnym pracowało. W Stanach Zjednoczonych i wielu innych krajach prawdopodobieństwo zatrudnienia kobiet jest mniejsze niż mężczyzn. Jeśli kraj potrzebuje więcej pracowników, a tym samym podatników, wiele kobiet może z radością stanąć na wysokości zadania, jeśli pracodawcy sprawią, że będzie to warte zachodu.

Ostatnie badania sugerują, że można złagodzić problemy przyrostu naturalnego, jeśli kraje będą inwestować w edukację dzieci i bardziej wspierać kobiety na rynku pracy.

Jedna z analiz wykazała, że gdyby Unia Europejska wyeliminowała dysproporcje w edukacji i aktywności zawodowej, przewidywany spadek liczebności siły roboczej zmniejszyłby się o ponad połowę.

Z innego badania wynika, że gdyby kraje UE dorównały poziomowi wykształcenia i aktywności zawodowej obserwowanemu obecnie w Szwecji, względna siła osób czynnych zawodowo w wielu krajach poprawiłaby się w nadchodzących dziesięcioleciach.

To może nie wystarczyć

Niektórzy eksperci są jednak sceptyczni, czy posiadanie lepiej wykształconych pracowników wystarczy, aby przezwyciężyć wszystkie wyzwania związane z niską płodnością.

„Wykształceni pracownicy są bardziej wydajni niż mniej wykształceni na wielu stanowiskach, ale nie jestem pewna, czy są bardziej produktywni jako opiekunowie osób starszych” – zastanawia się Nancy Folbre, emerytowana profesor ekonomii na Uniwersytecie Massachusetts. "Co się stanie, jeśli zbyt wielu wykształconych pracowników będzie chciało być fizykami, a nie pracownikami hospicjum?"

Pojawiają się inne pytania

Choćby: „Co stanie się z kredytami hipotecznymi w kraju, w którym nieruchomości tracą na wartości jak używany samochód, ponieważ liczba ludności spada i potrzeba coraz mniej domów? Jesteśmy na to całkowicie nieprzygotowani” – pyta Lyman Stone, demograf i pracownik naukowy w Institute for Family Studies, think tanku o konserwatywnych poglądach.

A jeśli weźmiemy pod uwagę wystarczająco długi okres czasu, to płodność poniżej wymienialności pokoleń doprowadzi do wyginięcia rasy ludzkiej - sugeruje inny naukowiec, dr Christopher Murray, dyrektor Institute for Health Metrics and Evaluation na University of Washington, choć akurat ta opinia jest grubo przedwczesna, biorąc pod uwagę gwałtownie rosnącą liczbę mieszkańców Ziemi i nadciągające problemy związane z przeludnieniem.

Na razie to wszystko rozważania teoretyczne, bo dzięki migracji ludności kraje wysoce uprzemysłowione przejmują nadwyżkę populacji krajów rozwijających się i w ten sposób wzmacniają swe gospodarki. W którymś momencie jednak w większości krajów wskaźniki będą niskie. Co wtedy?

rj