Krajobraz amerykańskiego Środkowego Zachodu od pokoleń kojarzył się z niezmierzonymi polami kukurydzy, potężnymi silosami i symbolem niezależności, czyli rodzinnym gospodarstwem rolnym. Dzisiaj ten fundament amerykańskiej tożsamości narodowej i gospodarczej pęka w szwach. Rolnicy z Iowa, Kansas czy Arkansas bez ogródek używają jednego, złowieszczego określenia:
„Farmageddon"
To nie tylko chwytliwy nagłówek prasowy. To dramatyczny opis rzeczywistości, w której rekordowe długi, zapaść na rynkach światowych oraz polityczny pat w Waszyngtonie spychają tysiące farmerów na skraj bankructwa. Wielu ekonomistów bije na alarm, twierdząc, że sektor rolniczy w USA stoi w obliczu najgłębszego kryzysu od katastrofalnych lat 80. XX wieku.
U podłoża obecnego załamania leży zjawisko, które analitycy rynkowi nazywają drastycznym rozjeżdżeniem się kosztów produkcji i cen skupu. Koszty prowadzenia gospodarstwa w USA poszybowały w górę w tempie niespotykanym od dekad. Około jednej piątej amerykańskiego importu nawozów sztucznych pochodzi z Bliskiego Wschodu, głównie z Kataru i Arabii Saudyjskiej. Problem w tym, że region ten odpowiada też za blisko połowę światowego eksportu mocznika i około 30 procent eksportu amoniaku, a znaczna część tego surowca musi przepłynąć przez wąską Cieśninę Ormuz. Napięcia wokół Iranu i groźby zablokowania tego szlaku windują ceny nawozów na całym świecie, nie tylko dla kupujących bezpośrednio na Bliskim Wschodzie. Do tego dochodzi drożejąca ropa, która napędza koszty oleju napędowego, bez którego nie ruszy żaden ciągnik ani kombajn. W efekcie ceny chemii rolniczej, paliwa do maszyn oraz energii wzrosły miejscami o ponad sto procent. Ponadto, ze względu na wysoką inflację, Rezerwa Federalna utrzymuje stopy procentowe na wysokim poziomie. Oznacza to, że kredyty operacyjne, które rolnicy muszą zaciągać każdej wiosny, by w ogóle kupić nasiona i obsiać pola, stały się drastycznie drogie.
Utracony rynek
Podczas gdy koszty produkcji drastycznie rosną, ceny płodów rolnych na światowych giełdach spadają. Od szczytu notowań w 2022 roku cena kukurydzy na amerykańskim rynku obniżyła się o około jedną trzecią, a cena soi o mniej więcej jedną czwartą. Głównym powodem jest utrata kluczowych rynków zbytu, zwłaszcza Chin. W wyniku wojen handlowych i nakładania kolejnych ceł odwetowych, Pekin zaczął sukcesywnie rezygnować z importu amerykańskich surowców rolnych, przenosząc zamówienia do Brazylii i Argentyny, które w ostatnich latach systematycznie zwiększają areał upraw i notują rekordowe zbiory soi. Chiny zadeklarowały wprawdzie, że do 2028 roku będą kupować od USA co najmniej 25 milionów ton soi rocznie – to gest mający załagodzić napięcia handlowe – ale realizacja tej obietnicy jak dotąd rozczarowuje. W połowie bieżącego roku zamówienia sięgały zaledwie ułamka deklarowanych zakupów. Amerykańscy rolnicy patrzą więc na polityczne zapewnienia z rosnącą nieufnością, bo to nie deklaracje, tylko realne kontrakty eksportowe decydują o tym, czy silosy się opróżnią. Tymczasem magazyny pękają w szwach, przechowując niesprzedane ziarno, którego nikt nie chce kupić po opłacalnej dla rolników cenie. Z danych American Farm Bureau Federation wynika, że straty na każdym akrze upraw kukurydzy sięgają średnio 131 dolarów, a w przypadku bawełny jest to aż 342 dolary straty z akra.
Wpływ tych czynników na sytuację finansową rolników jest dewastujący. Łączne zadłużenie sektora rolniczego w USA osiągnęło astronomiczny i rekordowy poziom 625 miliardów dolarów. Dla wielu rodzinnych gospodarstw, które przetrwały na ziemi od ponad wieku, te liczby oznaczają koniec działalności. W 2025 roku liczba ogłaszanych bankructw gospodarstw rolnych wzrosła w skali roku o blisko 50 procent, osiągając najwyższy poziom od 2020 roku.
Rząd łata dziurę pieniędzmi
Sytuację pogarsza paraliż legislacyjny w Waszyngtonie. Amerykańska wieś od dłuższego czasu czeka na uchwalenie pełnej, zaktualizowanej i długoterminowej ustawy rolniczej (tzw. Farm Bill), która zrewidowałaby progi wsparcia i programy ubezpieczeń upraw w obliczu nowej rzeczywistości ekonomicznej. Kongres pozostaje jednak podzielony, a doraźne pakiety pomocowe rządu federalnego przypominają jedynie przyklejanie plastra na głęboką ranę. Skala tego wsparcia pokazuje jednak, jak bardzo sektor uzależnił się od pieniędzy podatników, bo w tym roku płatności federalne mają odpowiadać za blisko 29 procent całego dochodu netto amerykańskich producentów rolnych. Innymi słowy, znaczna część amerykańskiego rolnictwa dziś nie zarabia na sprzedaży płodów rolnych, lecz na czekach z Waszyngtonu, a każde opóźnienie w uchwaleniu nowej ustawy rolniczej oznacza, że ta prowizoryczna poduszka bezpieczeństwa może się w każdej chwili skończyć.
„Farmageddon" ma również potężny wymiar psychologiczny. Tradycyjna duma i etos ciężkiej pracy sprawiają, że farmerzy rzadko szukają pomocy na zewnątrz, mimo że organizacja Farm Aid odnotowuje skokowy wzrost liczby telefonów na swoją kryzysową infolinię.
Obecny kryzys nie ogranicza się wyłącznie do strat pojedynczych przedsiębiorców. Jeżeli fala bankructw nie zostanie powstrzymana, w amerykańskich stanach rolniczych może dojść do efektu domina. Upadek gospodarstw pociągnie za sobą lokalne banki, które kredytowały wieś, a także małe przedsiębiorstwa handlowe i usługowe zależne od kondycji finansowej farmerów. Sami analitycy Farm Bureau nie wróżą rychłej poprawy i prognozują, że straty na dziewięciu głównych uprawach pogłębią się w przyszłym roku do 32 miliardów dolarów, wobec 31 miliardów w roku bieżącym. Jeśli te szacunki się potwierdzą, „Farmageddon" nie będzie chwilowym załamaniem koniunktury, lecz początkiem trwałej przebudowy amerykańskiego rolnictwa, z mniejszą liczbą rodzinnych gospodarstw i większą zależnością od pomocy federalnej i stanowej.
źródła: USDA Economic Research Service, American Farm Bureau Federation, Reuters, Ecofin Agency, farmdoc daily, Iowa State University Ag