Dla milionów uczniów w Stanach Zjednoczonych skala ocen od „A” do „F” jest czymś oczywistym, naturalnym elementem szkolnej codzienności. Rzadko kto jednak zastanawia się nad tym, dlaczego w tym alfabetycznym porządku brakuje jednej litery. „E” – logicznie pasujące między „D” a „F” – od dekad nie pojawia się na kartach ocen. Nie jest to jednak przypadkowe niedopatrzenie, lecz efekt długiego procesu zmian w podejściu do oceniania uczniów, sięgającego jeszcze XVIII wieku.
Zanim pojawiły się litery
Pierwsze próby systematycznego oceniania uczniów w Ameryce nie miały nic wspólnego z literami. W 1785 roku prezydent Uniwersytetu Yale, Ezra Stiles, wprowadził czterostopniową skalę ocen zapisaną po łacinie. Studenci byli klasyfikowani jako optimi (najlepsi), secondi optimi (drudzy najlepsi), inferiores boni (mniej dobrzy) lub pejores (gorsi). Był to raczej opis jakości pracy niż precyzyjna miara wyników, ale już wtedy pojawiła się potrzeba porównywania osiągnięć studentów w bardziej uporządkowany sposób.
Kilka dekad później, w 1837 roku, wykładowcy matematyki i filozofii na Uniwersytecie Harvarda sięgnęli po skalę liczbową. Nie przypominała ona jednak współczesnego systemu procentowego. Najwyższą oceną było 100 punktów, oznaczające wynik idealny, a kolejne przedziały obejmowały zakresy 75–99, 51–74, 26–50 oraz 25 i mniej. Co ciekawe, średnie wyniki studentów skupiały się wokół 50 punktów, a zarówno bardzo wysokie, jak i bardzo niskie oceny należały do rzadkości.
Ten model, oparty wyłącznie na liczbach, szybko zyskał popularność. Na przełomie XIX i XX wieku skala stu punktów stała się najczęściej stosowanym sposobem oceniania w szkołach i na uczelniach w całym kraju. To właśnie wtedy zaczęto myśleć o stworzeniu bardziej uniwersalnego systemu, który byłby zrozumiały nie tylko dla nauczycieli, ale i dla uczniów oraz ich rodziców.
Narodziny ocen literowych
Równolegle do ocen liczbowych zaczęły pojawiać się litery. Jedną z pierwszych instytucji, które sięgnęły po taki system, było Mount Holyoke College w stanie Massachusetts. Już w 1884 roku nauczyciele tej uczelni stosowali oceny literowe, a w roku akademickim 1896–1897 wprowadzono tam jednolitą skalę ocen, udokumentowaną w oficjalnych materiałach.
W tamtym czasie system wyglądał znajomo, choć z jedną istotną różnicą. „A” oznaczało ocenę doskonałą i odpowiadało wynikom od 95 do 100 punktów, „B” było dobre (85-94), „C” przeciętne (76-84), a „D” oznaczało ledwie zaliczenie (75). Ocena niedostateczna nosiła literę „E”. Co ważne, nie przypisano jej konkretnego zakresu punktowego – była po prostu sygnałem, że student nie spełnił minimalnych wymagań.
Rok później Mount Holyoke zmodyfikowało swój system, wprowadzając po raz pierwszy literę „F”. Skala rozciągała się teraz od „A” do „F”, ale uczelnia zdecydowała się zachować także „E”, co w praktyce oznaczało sześć kategorii ocen. Ten pomysł nie spotkał się jednak z entuzjazmem i szybko okazało się, że inne szkoły nie zamierzają iść tą drogą.
Dlaczego „E” zniknęło
Na początku XX wieku w środowisku edukacyjnym coraz częściej pojawiały się głosy, że system ocen powinien być prostszy i bardziej przejrzysty. Uważano, że zbyt wiele kategorii utrudnia zarówno ocenianie, jak i interpretację wyników. Jednym z wpływowych autorów tamtego okresu był Isidor Edward Finkelstein, autor książki „The Marking System in Theory and Practice” z 1913 roku. Finkelstein i inni badacze twierdzili, że optymalna skala ocen powinna składać się z pięciu poziomów.
Skoro należało jedną literę usunąć, wybór padł właśnie na „E”. Jak zauważają badacze edukacji Kimberly Tanner i Jeffrey Schinske, litera „F” była jednoznaczna, bo kojarzyła się bezpośrednio ze słowem „fail”, czyli „nie zdać”. „E” nie miało tak klarownego znaczenia. Co więcej, część uczniów mylnie zakładała, że oznacza ono „excellent”, a więc ocenę bardzo dobrą. W efekcie „E” stało się najbardziej mylącą literą w całym systemie.
Zbieg tych czynników sprawił, że w latach 30. XX wieku ocena „E” praktycznie zniknęła z amerykańskich szkół. Skala od „A” do „F”, z pominięciem jednej litery alfabetu, stała się standardem obowiązującym w całym kraju.
Czy „E” zniknęło na zawsze?
Choć w szkołach średnich i na uczelniach wyższych brak „E” jest dziś normą, litera ta nie została całkowicie wymazana z systemu edukacji. W wielu szkołach podstawowych, zwłaszcza w młodszych klasach, stosuje się alternatywne skale ocen, które mają bardziej opisowy charakter. Tam „E” może oznaczać „expanding”, „excellent” albo „exceeding expectations”, a więc rozwój, bardzo dobre wyniki lub przekraczanie oczekiwań.
Znaczenie liter zależy w takich przypadkach od decyzji okręgu szkolnego i wieku uczniów. „E” funkcjonuje więc nadal, choć w zupełnie innym kontekście niż kiedyś. Nie jest już symbolem porażki, lecz raczej jedną z wielu prób łagodniejszego, mniej stresującego oceniania najmłodszych.
W standardowej skali ocen używanej w całych Stanach Zjednoczonych „E” pozostało jednak ciekawą nieobecną, literą, która przypomina, że nawet najbardziej oczywiste elementy szkolnej rzeczywistości mają swoją historię – pełną eksperymentów, korekt i decyzji podejmowanych z myślą o prostocie i zrozumiałości.