Korki są jednym z najbardziej odczuwalnych problemów wielkich miast — także Chicago. Choć wielu kierowców narzeka na godziny tracone w ruchu, propozycje ograniczenia liczby samochodów budzą duży sprzeciw. Rozwiązania takie jak opłaty za wjazd do centrum czy droższe parkowanie szybko prowadzą do trudnych pytań o wygodę kierowców, finansową niesprawiedliwość wobec mniej zamożnych oraz realne możliwości miast.
Według międzynarodowych analiz kierowcy w regionie Chicago tracą w godzinach szczytu ponad 110 godzin rocznie, co stawia miasto w ścisłej światowej czołówce najbardziej zatłoczonych metropolii. Jednocześnie większość mieszkańców nadal wybiera samochód jako podstawowy środek transportu — i nie chce rozwiązań, które mogłyby ograniczyć ruch.
Z sondażu przeprowadzonego wśród mieszkańców Chicago i podmiejskiego Cook County wynika, że blisko 60 procent osób dojeżdża do pracy samotnie samochodem. Transport publiczny — pociągi Metra oraz autobusy i kolejka CTA — wybiera zaledwie około 12 procent respondentów. Pozostali docierają do pracy pieszo, wspólnym samochodem lub innymi środkami transportu.
Dojazdy bywają długie. Trzy na dziesięć osób spędzają w drodze co najmniej pół godziny w jedną stronę, a około 8 procent ponad godzinę. Mimo to prawie połowa przyznaje, że w ogóle nie korzysta z transportu publicznego.
Powody są różne. Najczęściej wskazywane to brak potrzeby, obawy o bezpieczeństwo, niedopasowanie tras do codziennych podróży oraz zbyt długi czas przejazdu. Wiele osób twierdzi także, że komunikacja zbiorowa jest po prostu mniej wygodna niż samochód.
Jednocześnie mieszkańcy są sceptyczni wobec pomysłów, które miałyby ograniczyć ruch samochodowy. W sondażu większość respondentów sprzeciwiła się rozwiązaniom takim jak opłata za wjazd do centrum miasta, podwyżka podatku od parkowania w śródmieściu czy zwiększenie podatków paliwowych w celu finansowania transportu publicznego.
Ten wynik dobrze pokazuje napięcie, które pojawia się w wielu dużych miastach: ludzie narzekają na korki, ale nie chcą zmian, które mogłyby je zmniejszyć.
Zwolennicy tzw. congestion pricing, czyli opłat za wjazd do najbardziej zatłoczonych części miasta, twierdzą, że to jedno z niewielu narzędzi, które realnie ogranicza ruch. Argument jest prosty: przestrzeń na drogach jest ograniczona, a jeśli korzystanie z niej jest w praktyce darmowe, liczba samochodów rośnie szybciej niż przepustowość ulic.
Doświadczenia innych miast pokazują, że takie rozwiązanie może działać. W Londynie po wprowadzeniu opłat za wjazd do centrum liczba samochodów spadła o około jedną trzecią. W Sztokholmie ruch w centralnej części miasta zmniejszył się o ponad 20 procent. Podobny system wprowadzono niedawno w Nowym Jorku, gdzie pierwsze miesiące funkcjonowania przyniosły wyraźny spadek liczby pojazdów w najbardziej zatłoczonej części Manhattanu.
Jednak przeciwnicy wskazują na inny problem — sprawiedliwość społeczną. Opłata za wjazd nie eliminuje ruchu całkowicie, lecz raczej zmienia jego strukturę. Kierowcy o wyższych dochodach mogą zapłacić i nadal korzystać z samochodu, podczas gdy osoby mniej zamożne muszą szukać alternatywy.
To właśnie ten argument często pojawia się w amerykańskiej debacie. Krytycy mówią wprost: dlaczego ktoś ma zostawiać samochód na przedmieściach i przesiadać się do pociągu, podczas gdy bardziej zamożny kierowca może zapłacić i wygodnie zaparkować w centrum?
Zwolennicy odpowiadają, że obecny system również ma swoją cenę — tylko płaconą w czasie. Korki oznaczają stracone godziny, wyższe koszty transportu dla firm i większe zanieczyszczenie powietrza. W wielu miastach pieniądze z opłat za wjazd przeznacza się na rozwój transportu publicznego, co w teorii ma poprawić mobilność dla większej liczby mieszkańców.
Na razie jednak wyniki sondaży sugerują, że mieszkańcy aglomeracji Chicago nie są gotowi na takie rozwiązania. Oznacza to, że miasto prawdopodobnie jeszcze przez długi czas pozostanie tam, gdzie jest dziś — wśród metropolii, w których kierowcy spędzają znaczną część życia w korkach.