W czasach, gdy ceny mieszkań, transportu i codziennych zakupów potrafią zmieniać się z miesiąca na miesiąc, coraz więcej Amerykanów zadaje sobie pytanie: ile właściwie trzeba dziś zarabiać, aby uznać się za część klasy średniej? Nowe opracowanie pokazuje, że odpowiedź zależy nie tylko od poziomu dochodów, lecz także od miejsca zamieszkania – a dla wielu rodzin próg stabilności finansowej wydaje się wciąż przesuwać.
Analizę przygotował serwis finansowy SmartAsset, który sprawdził, jakie dochody kwalifikują gospodarstwa domowe do klasy średniej w różnych częściach Stanów Zjednoczonych. Badanie opiera się na powszechnie stosowanej definicji przyjętej przez Pew Research Center: za klasę średnią uznaje się gospodarstwa zarabiające od dwóch trzecich do dwukrotności mediany dochodów w danym regionie. Dane pochodzą z amerykańskiego spisu powszechnego.
Z analizy wynika, że w skali całego kraju dolny próg klasy średniej może wynosić od mniej niż 40 tysięcy dolarów rocznie do niemal 70 tysięcy dolarów. W niektórych dużych aglomeracjach jest on jednak jeszcze wyższy.
Jednym z przykładów jest południowa część Nevady, gdzie szybki napływ nowych mieszkańców, rosnące ceny domów oraz drożejące codzienne wydatki zmieniają obraz tego, co oznacza „komfortowe życie” klasy średniej. Miasto Enterprise znalazło się w pierwszej dziesiątce amerykańskich miast, w których próg wejścia do klasy średniej jest najwyższy.
Na samym szczycie zestawienia znalazło się San Jose w Kalifornii. Aby zostać tam uznanym za część klasy średniej, trzeba zarabiać co najmniej 98 800 dolarów rocznie. To o około 8 800 dolarów więcej niż rok wcześniej. W efekcie miasto wyprzedziło Arlington w stanie Wirginia, które w poprzednim raporcie zajmowało pierwsze miejsce. W Arlington dolna granica klasy średniej spadła o około 4 tysiące dolarów, co pozwoliło kilku miastom z Kalifornii oraz Frisco w Teksasie przesunąć się wyżej w rankingu.
Na drugim końcu zestawienia znalazło się Cleveland w stanie Ohio. Tam do klasy średniej można zaliczyć się już przy dochodach nieco poniżej 29 tysięcy dolarów rocznie. To jednak również więcej niż w ubiegłym roku – próg wzrósł o blisko 3 tysiące dolarów.
Co ciekawe, dochód wystarczający, by zostać uznanym za klasę średnią w samym Cleveland, nie byłby wystarczający, aby należeć do klasy średniej w skali całego stanu Ohio. Według SmartAsset dolna granica dla całego stanu wynosi 48 141 dolarów rocznie, co jest dwunastym najniższym wynikiem w kraju. Aby znaleźć się w klasie średniej w Mississippi – uznawanym za najtańszy stan w USA – trzeba zarabiać około 10 tysięcy dolarów więcej.
Mississippi pozostaje jedynym stanem w tegorocznym zestawieniu, w którym dolna granica klasy średniej jest niższa niż 40 tysięcy dolarów rocznie.
Różnice między stanami nie są jednak aż tak duże, jeśli chodzi o najniższe progi dochodów. W najdroższym stanie w zestawieniu – Massachusetts – dochód na poziomie 69 885 dolarów wystarcza, aby zaliczyć się do klasy średniej. Jednak aby znaleźć się w klasie wyższej, trzeba tam zarabiać około 210 tysięcy dolarów rocznie. Dla porównania w Mississippi górna granica klasy średniej wynosi nieco ponad 118 tysięcy dolarów.
W Illinois dolny próg dochodów, wystarczający do uznania za klasę średnią, wyniósł $55 474 – górny natomiast $166 422.
Debata o tym, jak naprawdę wygląda kondycja finansowa amerykańskiej klasy średniej, nasiliła się również na poziomie politycznym. W swoim pierwszym orędziu o stanie państwa prezydent Donald Trump przekonywał, że gospodarka rozwija się dynamicznie, ceny spadają, a rynek pracy pozostaje silny. Jednak nastroje społeczne pokazują znacznie bardziej sceptyczny obraz.
Zaledwie kilkanaście godzin przed wystąpieniem prezydenta organizacja badawcza The Conference Board opublikowała najnowszy raport dotyczący zaufania konsumentów. Wynika z niego, że poziom optymizmu Amerykanów wobec gospodarki pozostaje historycznie niski i niewiele wyższy niż w najtrudniejszym okresie recesji związanej z pandemią COVID-19.
W lutym wskaźnik zaufania konsumentów wzrósł do poziomu 91,2 punktu. To jednak wciąż znacznie mniej niż czteroletni szczyt z listopada 2024 roku, kiedy indeks sięgnął 112,8 punktu. Respondenci wciąż wskazują na wysokie ceny i ograniczoną dostępność miejsc pracy.
Podobne wnioski płyną z innych badań opinii publicznej. Według najnowszego sondażu Associated Press-NORC jedynie 39 procent Amerykanów pozytywnie ocenia sposób, w jaki prezydent Trump zarządza gospodarką. Z kolei wskaźnik nastrojów konsumenckich Uniwersytetu Michigan utrzymuje się na poziomach typowych dla okresów spowolnienia gospodarczego.
Sytuację dodatkowo komplikuje napięta sytuacja międzynarodowa. Po rozpoczęciu konfliktu z Iranem pojawiły się obawy, że inflacja może ponownie przyspieszyć. W ciągu jednej nocy ceny benzyny w wielu miejscach w USA wzrosły o około 11 centów za galon, a w niektórych regionach jeszcze bardziej.
Ekonomiści podkreślają jednak, że ostateczny wpływ tych wydarzeń na inflację będzie zależał przede wszystkim od długości działań militarnych oraz ich wpływu na globalne rynki energii. Prezydent Trump zapowiedział, że operacje wojskowe przeciwko Iranowi mogą potrwać od czterech do pięciu tygodni, ale zaznaczył również, że Stany Zjednoczone mają możliwość prowadzenia działań „znacznie dłużej”, jeśli okaże się to konieczne.
W praktyce oznacza to, że dla wielu amerykańskich rodzin pytanie o to, co naprawdę oznacza dziś „klasa średnia”, pozostaje otwarte – i może się zmieniać równie szybko jak ceny mieszkań, paliwa czy codziennych zakupów.