W lutowym orędziu prezydent Donald Trump wskazywał spadek cen benzyny jako jeden z dowodów poprawy sytuacji gospodarczej. W tamtym momencie krajowa średnia w USA wynosiła 2,92 dolara za galon – wyraźnie mniej niż w dniu jego inauguracji.
Kilka dni później rozpoczęły się działania zbrojne między Stanami Zjednoczonymi, Izraelem a Iranem. Wystarczyło zaledwie kilka dni napięcia na Bliskim Wschodzie, aby ceny ropy i paliw ponownie zaczęły rosnąć.
To dobra ilustracja czegoś, o czym ekonomiści mówią od dekad: ropa naftowa jest towarem globalnym i żaden kraj – nawet największy producent na świecie – nie jest całkowicie odizolowany od wydarzeń rozgrywających się tysiące kilometrów dalej.
Teksańska ropa, światowe ceny
Stany Zjednoczone produkują dziś więcej ropy niż kiedykolwiek w historii – więcej niż Arabia Saudyjska czy Rosja. Ten boom, napędzany technologią szczelinowania hydraulicznego (fracking), rozpoczął się na dobre około 2009 roku. Od tego czasu wydobycie wzrosło o ponad 160 procent.
Mogłoby się wydawać, że taka skala produkcji gwarantuje stabilne ceny paliw w kraju. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.
Kilka dni po wybuchu konfliktu z Iranem ceny benzyny w USA zaczęły szybko rosnąć. Według danych AAA krajowa średnia przekroczyła w czwartek przed południem $3.25 – o 15 centów więcej niż średnia cena sprzed roku - a analitycy przewidują dalsze podwyżki.
Powód jest prosty: ropa wydobywana w Teksasie czy Północnej Dakocie trafia na ten sam globalny rynek, na którym handluje się surowcem z Bliskiego Wschodu czy Afryki.
Warto też pamiętać, że Stany Zjednoczone jednocześnie eksportują i importują ropę naftową. Według danych federalnych niemal jedna trzecia amerykańskiej produkcji trafia za granicę, a jednocześnie kraj sprowadza część surowca lub produktów paliwowych z innych regionów świata. Wynika to z różnic w rodzaju ropy oraz z możliwości rafinerii.
W praktyce oznacza to, że ceny na amerykańskich stacjach benzynowych pozostają silnie powiązane z globalnym rynkiem energii.
Cieśnina, która rządzi cenami
Kluczowym punktem obecnego kryzysu jest Cieśnina Ormuz – wąski przesmyk między Zatoką Perską a Zatoką Omańską. To jeden z najważniejszych tzw. wąskich gardeł światowego rynku energii.
Przez cieśninę przepływa około 20 procent globalnych dostaw ropy i gazu skroplonego transportowanych drogą morską.
Po rozpoczęciu działań zbrojnych ruch statków w regionie niemal całkowicie zamarł. Według danych branżowych liczba tankowców w rejonie spadła z kilkudziesięciu do zaledwie kilku. Jednocześnie gwałtownie wzrosły koszty ubezpieczenia statków operujących na wodach Zatoki Perskiej.
W efekcie ropa z Arabii Saudyjskiej, Emiratów, Kuwejtu czy Iraku - nawet jeśli produkcja w tych krajach się nie zmienia – staje się znacznie droższa. Na rynkach surowcowych równie ważne jak faktyczna podaż są oczekiwania inwestorów. Handlowcy reagują na ryzyko przyszłych braków jeszcze zanim realnie spadnie produkcja. Analitycy z Rapidan Energy Group szacują, że jeśli sytuacja w cieśninie szybko się nie ustabilizuje, ceny ropy mogą ponownie przekroczyć 100 dolarów za baryłkę.
Europa i Azja walczą o gaz
Konflikt uderzył także w rynek skroplonego gazu ziemnego (LNG).
Katar – jeden z największych eksporterów LNG na świecie – wstrzymał część operacji eksportowych. Jednocześnie niemal całkowite zatrzymanie ruchu w cieśninie Ormuz utrudnia transport gazu z całego regionu.
Skutek jest natychmiastowy: Azja i Europa zaczęły rywalizować o dostępne dostawy LNG. Jeszcze miesiąc temu to Europa była atrakcyjniejszym kierunkiem dla tankowców z gazem. Teraz premie cenowe w Azji są najwyższe od końca 2022 roku, więc statki kieruje się właśnie tam.
Dla Europy oznacza to droższe i wolniejsze uzupełnianie magazynów gazu po zimie.
Efekt dla całej gospodarki
Droższa ropa oznacza nie tylko wyższe ceny benzyny. Rosną także ceny diesla, który napędza transport ciężarowy i logistykę. To z kolei przekłada się na koszty niemal wszystkich towarów – od żywności po sprzęt elektroniczny.
Ekonomiści zwracają uwagę, że dłuższy wzrost cen energii może ponownie podbić inflację. Gdyby tak się stało, banki centralne mogłyby opóźnić obniżki stóp procentowych, co miałoby wpływ na kredyty hipoteczne i rynek nieruchomości.
Co dalej?
Jeśli sytuacja militarna szybko się ustabilizuje, wzrost cen może okazać się przejściowy. Jeśli jednak konflikt się przeciągnie lub dojdzie do poważniejszych zniszczeń infrastruktury energetycznej w regionie Zatoki Perskiej, skutki dla rynku energii mogą być znacznie poważniejsze.
Prezydent Trump przyznał niedawno, że ceny ropy mogą być „trochę wyższe przez jakiś czas”, ale wyraził przekonanie, że po zakończeniu konfliktu szybko wrócą do niższych poziomów.
Możliwości bezpośredniego wpływu rządu na ceny paliw są jednak ograniczone. Zwiększenie wydobycia w USA wymaga czasu, a uwolnienie rezerw strategicznych może jedynie częściowo złagodzić krótkoterminowe wstrząsy na rynku.
Dla przeciętnego konsumenta –w Chicago, Warszawie czy Tokio – wniosek jest podobny jak przy wielu wcześniejszych kryzysach energetycznych. Wystarczy napięcie lub konflikt w jednym z kluczowych punktów światowego rynku energii, aby ceny paliw zaczęły rosnąć na całym świecie – niezależnie od tego, ile ropy wydobywa się lokalnie.
na podst. oilprice.com, AAA, pbs.org, AP