Mija 3 dzień od rozpoczęcia amerykańsko-izraelskiej operacji militarnej przeciwko Iranowi. To wydarzenie historyczne: w ciągu kilkudziesięciu godzin zginął najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, a region znalazł się w otwartej fazie konfliktu, który już kosztował życie co najmniej czterech amerykańskich żołnierzy.
Spór o sens tej operacji jest ostry. Zwolennicy mówią o ostatniej szansie, by powstrzymać Iran przed uzyskaniem broni jądrowej i trwałym osłabieniem jego zdolności do destabilizowania regionu. Krytycy – w tym część konserwatystów – ostrzegają przed pochopną wojną, rozpoczętą bez zgody Kongresu, w trakcie negocjacji i z niejasnym planem na przyszłość.
Nawet jeśli ktoś chce dziś rozstrzygnąć, kto ma rację, ważniejsze jest pytanie praktyczne: co ta decyzja uruchomiła. Stawką są nie tylko losy Iranu i bezpieczeństwo Izraela, ale też stabilność całego Bliskiego Wschodu, ceny energii oraz wiarygodność amerykańskiej polityki – zarówno militarnej, jak i dyplomatycznej.
Dlaczego uderzono teraz?
Aby zrozumieć, co się stało, trzeba cofnąć się o rok. W czerwcu 2025 roku USA i Izrael już raz uderzyły w irańskie obiekty nuklearne niszcząc instalacje wzbogacania uranu w Fordow, Natanz i Isfahanie. Donald Trump ogłosił wówczas triumfalnie, że irański program nuklearny został „całkowicie unicestwiony”. Przez kilka miesięcy wydawało się, że groźba ze strony Iranu została zlikwidowana.
Jednak niedawno Waszyngton i Jerozolima zaczęły argumentować, że Iran odbudowywał zdolności nuklearne. Według amerykańskich i izraelskich ocen Teheran pogłębiał podziemne obiekty i kontynuował wzbogacanie uranu do poziomu 60 procent – znacznie powyżej potrzeb cywilnych.
Administracja USA twierdzi, że negocjacje w Genewie załamały się w momencie, gdy Iran odmówił całkowitego zaprzestania wzbogacania uranu. Prezydent uznał, że była to ostatnia realna szansa, by zneutralizować zagrożenie.
Operacja – po stronie USA nazwana „Epic Fury” – ma cztery cele: zniszczenie zdolności rakietowych Iranu, jego marynarki, trwałe uniemożliwienie zdobycia broni jądrowej oraz osłabienie sieci wspieranych przez Teheran organizacji zbrojnych w regionie.
W poniedziałek 2 marca prezydent USA mówił, że plan zakładał „cztery–pięć tygodni”, ale operacja może trwać dłużej i nie wykluczył scenariusza użycia wojsk lądowych.
Argumenty zwolenników
Zwolennicy decyzji podkreślają, że Iran od lat rozwijał program rakietowy i utrzymywał regionalne struktury militarne – Hamas, Hezbollah czy Huti – destabilizując Bliski Wschód. Ich zdaniem dyplomacja była grą na czas ze strony Teheranu.
Joseph Bosco, były doradca Pentagonu, napisał na łamach „The Hill”, że operacja wysyła sygnał nie tylko do Iranu, ale też do Chin i Korei Północnej: USA pozostają gotowe do użycia siły, jeśli zagrożenie rośnie. Część komentatorów uważa również, że osłabienie reżimu może stworzyć przestrzeń dla wewnętrznych zmian w Iranie, gdzie pod koniec 2025 roku wybuchły brutalnie stłumione protesty.
W tej perspektywie zabicie Chameneiego to uderzenie w centrum systemu, a jednocześnie – paradoksalnie – szansa dla samych Irańczyków. Trump w pierwszych wypowiedziach kierowanych do Irańczyków sugerował, że to „okno na pokolenia”, by „wziąć los w swoje ręce”.
W tym ujęciu atak nie jest początkiem wojny, lecz próbą jej zakończenia na warunkach Zachodu.
Argumenty krytyków
Krytyka jest jednak liczniejsza i wielotorowa — i nie sprowadza się do odruchowego antywojennego sprzeciwu.
Po pierwsze, pojawia się zarzut niespójności. Jeszcze kilka miesięcy temu prezydent twierdził, że irański program nuklearny został „doszczętnie unicestwiony”. Teraz mówi o zagrożeniu i dzielących nas tygodniach od powstania bomby atomowej. Część ekspertów wskazuje, że oceny wywiadu były ostrożniejsze niż publiczna retoryka Białego Domu.
Po drugie, operacja została rozpoczęta bez uprzedniej zgody Kongresu, co natychmiast wywołało spór o konstytucyjne uprawnienia prezydenta do prowadzenia działań wojennych. Senator Rand Paul określił decyzję jako „kolejną wojnę prewencyjną”. Z kolei Marjorie Taylor Greene, do niedawna polityczna sojuszniczka Donalda Trumpa, zarzuciła mu odejście od haseł ruchu „America First”, twierdząc, że Amerykanie po raz kolejny są wprowadzani w błąd i że działania te nie służą interesowi kraju.
W Kongresie zapowiedziano już debatę nad tzw. ustawą o uprawnieniach wojennych, która ma ograniczyć możliwość prowadzenia dalszych działań zbrojnych bez zgody parlamentu i wzmocnić kontrolę nad decyzjami administracji.
Po trzecie, skuteczność. Think tanki takie jak Chatham House czy Stimson Center podkreślają, że naloty rzadko prowadzą do zmiany reżimu. Irańska Gwardia Rewolucyjna to nie tylko struktura wojskowa, lecz także filar gospodarczy i polityczny państwa. Dopóki pozostaje lojalna, system może przetrwać nawet poważne straty.
Wreszcie – moment. Mediator z Omanu twierdził, że porozumienie było w zasięgu ręki. Krytycy ostrzegają, że atak w trakcie rozmów osłabia wiarygodność amerykańskiej dyplomacji i może wzmocnić przekonanie, że jedyną realną gwarancją bezpieczeństwa jest posiadanie broni jądrowej.
Długi konflikt jest realny
Prezydent Donald Trump mówi dziś o operacji, która może potrwać „cztery–pięć tygodni, a jeśli będzie trzeba – dłużej”. Pentagon zapewnia, że nie chodzi o „niekończącą się wojnę”, ale jednocześnie przyznaje, że realizacja celów może wymagać twardych, wieloetapowych działań. Innymi słowy: nikt nie obiecuje szybkiego i prostego zakończenia.
Część ekspertów studzi oczekiwania. Profesor Amin Saikal, specjalista od Bliskiego Wschodu, zwraca uwagę, że irański system władzy został zbudowany z myślą o przetrwaniu kryzysów. Ma jasno określone procedury sukcesji, rozbudowany aparat bezpieczeństwa i silne zaplecze ideologiczne oraz nacjonalistyczne. Śmierć ajatollaha Alego Chameneiego jest dla reżimu potężnym ciosem, ale nie musi oznaczać jego upadku. W przeszłości Iran tracił kluczowych przywódców i potrafił szybko wypełniać powstałą lukę.
Dochodzi do tego czynnik gospodarczy. Cieśnina Ormuz – wąski przesmyk, przez który przepływa znacząca część światowych dostaw ropy i skroplonego gazu – stała się elementem presji w tej konfrontacji. Każda groźba zakłócenia transportu oznacza wzrost cen energii. A wyższe ceny paliw i gazu bardzo szybko odczuwalne są nie tylko w regionie, lecz także w Europie, Azji czy Ameryce.
W tle pozostaje również polityka wewnętrzna Stanów Zjednoczonych. Sondaże pokazują, że Amerykanie obawiają się irańskiego programu nuklearnego, ale jednocześnie nie darzą prezydenta pełnym zaufaniem w kwestii użycia siły militarnej. Taka mieszanka może na krótko zjednoczyć opinię publiczną wokół Białego Domu, ale równie szybko może przerodzić się w spór o koszty, cele i sens dalszych działań. Jeśli konflikt się przedłuży, pytania o strategię i odpowiedzialność polityczną będą wracać coraz głośniej.
Co wiemy dziś?
Wiemy, że Iran od lat rozwijał potencjał rakietowy i wzmacniał regionalne wpływy. Wiemy też, że reżim brutalnie tłumił protesty.
Nie wiemy natomiast, czy obecna operacja trwale zatrzyma program nuklearny ani czy doprowadzi do politycznej zmiany w Teheranie. Większość ekspertów ocenia, że uderzenie może osłabić Iran, lecz niekoniecznie złamie system.
Skutki tej decyzji będą wykraczać daleko poza pole bitwy. Obejmą politykę wewnętrzną USA, równowagę sił w regionie i globalną gospodarkę. Historia oceni jej skuteczność. Koszty poznamy szybciej.