Mijają kolejne dni amerykańsko-izraelskiej operacji militarnej przeciwko Iranowi. Konflikt, który zaczął się od skoordynowanych nalotów na cele wojskowe i nuklearne oraz zabicia najwyższego przywódcy Iranu, ajatollaha Alego Chameneiego, szybko przestał być ograniczoną operacją. W ciągu kilku dni wojna zaczęła rozlewać się poza granice Iranu – obejmując kolejne państwa regionu, szlaki energetyczne i globalne rynki.
Dla wielu obserwatorów to najpoważniejsza eskalacja na Bliskim Wschodzie od lat. Jednocześnie spór o sens tej decyzji jest równie ostry, jak same działania militarne. Zwolennicy mówią o koniecznym uderzeniu, które miało powstrzymać Iran przed zdobyciem broni jądrowej. Krytycy ostrzegają przed wojną rozpoczętą bez jasnej strategii politycznej i bez planu na to, co stanie się z Iranem po zakończeniu walk.
Dlaczego uderzono właśnie teraz
Administracja Donalda Trumpa przedstawia decyzję jako reakcję na narastające zagrożenie. Według Białego Domu Iran w ostatnich miesiącach przyspieszył prace nad programem nuklearnym i rozwijał zdolności rakietowe. Amerykańskie i izraelskie służby wywiadowcze twierdziły, że Teheran wzbogacał uran do poziomu około 60 procent – znacznie powyżej potrzeb cywilnych – oraz odbudowywał instalacje zniszczone w poprzednich atakach.
W tle trwały negocjacje dyplomatyczne. Rozmowy prowadzone w Genewie miały doprowadzić do nowego porozumienia ograniczającego program nuklearny Iranu. Według administracji USA załamały się one w momencie, gdy Teheran odmówił całkowitego zaprzestania wzbogacania uranu.
Prezydent Trump argumentował, że był to moment, w którym dalsze czekanie zwiększało ryzyko. W jego ocenie Iran przygotowywał się do ataku na sąsiadów i Izrael, a operacja militarna była działaniem wyprzedzającym.
Operacja – po stronie amerykańskiej nazwana „Epic Fury” – ma cztery główne cele: zniszczenie zdolności rakietowych Iranu, osłabienie jego marynarki wojennej, uniemożliwienie zdobycia broni jądrowej oraz ograniczenie działalności wspieranych przez Teheran organizacji zbrojnych w regionie.
Argumenty zwolenników i krytyków
Zwolennicy operacji twierdzą, że Iran od lat destabilizuje Bliski Wschód poprzez rozwój programu rakietowego i wspieranie takich organizacji jak Hezbollah, Hamas czy rebelianci Huti. Ich zdaniem dyplomacja była w dużej mierze grą na czas, a zdecydowane uderzenie było jedynym sposobem na zatrzymanie dalszej eskalacji.
Krytycy odpowiadają, że decyzja o rozpoczęciu wojny została podjęta bez zgody Kongresu i bez jasno przedstawionego planu politycznego. Pojawia się również pytanie o skuteczność: naloty mogą zniszczyć infrastrukturę, ale niekoniecznie doprowadzą do zmiany systemu władzy w Iranie.
Niektórzy eksperci podkreślają także, że atak w trakcie negocjacji może osłabić zaufanie do dyplomacji i wzmocnić przekonanie innych państw, że jedyną gwarancją bezpieczeństwa jest posiadanie broni nuklearnej.
„Najgorszy scenariusz”
W ostatnich dniach sam prezydent Trump przyznał, że przyszłość Iranu pozostaje wielką niewiadomą. Śmierć ajatollaha Chameneiego była ogromnym ciosem dla systemu władzy w Teheranie, ale nie musi oznaczać jego upadku. Zapytany o możliwe skutki wojny, mówił o tym, co nazwał „najgorszym scenariuszem”.
Byłaby to sytuacja, w której po zakończeniu walk władzę w Iranie przejmie ktoś równie radykalny jak poprzednie kierownictwo państwa. Innymi słowy – wojna nie zmieniłaby charakteru reżimu, a jedynie jego twarze.
Trump dodał przy tym, że wielu potencjalnych przywódców, których wcześniej rozważano jako możliwych następców, zginęło w trakcie obecnych ataków. Oznacza to, że władza w Iranie może ostatecznie przejść w ręce kolejnej generacji przywódców, których Zachód zna znacznie słabiej.
To pokazuje podstawowy problem każdej operacji tego typu. Cele militarne można zaplanować stosunkowo precyzyjnie. Znacznie trudniej przewidzieć polityczne skutki destabilizacji państwa liczącego ponad 80 milionów mieszkańców.
Wojna wychodzi poza Iran
W kolejnych dniach konflikt zaczął wyraźnie rozszerzać się geograficznie.
Starcia między Izraelem a Hezbollahem nasiliły się w południowym Libanie. Izrael wydał ostrzeżenia ewakuacyjne dla części przedmieść Bejrutu, a walki przy granicy przybrały charakter otwartych starć.
Równocześnie pojawiły się doniesienia o incydentach w innych częściach regionu. Azerbejdżan oskarżył Iran o atak dronowy na swoje terytorium, co zwiększyło obawy, że konflikt może objąć także Kaukaz.
Na morzu doszło do kolejnego poważnego incydentu – amerykańska jednostka podwodna zatopiła irański okręt wojenny. Teheran zapowiedział odwet, określając incydent jako poważną eskalację.
Energia i gospodarka
Konflikt szybko zaczął wpływać na globalne rynki energii. Ceny ropy i gazu wzrosły w pierwszych dniach walk w związku z napięciami w regionie Zatoki Perskiej i obawami o bezpieczeństwo transportu surowców.
O znaczeniu cieśniny Ormuz, przez którą przechodzi znacząca część światowego handlu ropą, oraz o skutkach konfliktu dla cen paliw i energii piszemy szerzej w osobnym artykule w tym wydaniu Monitora.
Wojna i polityka w USA
Konflikt ma także wymiar wewnętrzny w Stanach Zjednoczonych. Nowe sondaże wskazują, że większość Amerykanów sceptycznie ocenia decyzję o rozpoczęciu wojny, choć jednocześnie obawia się irańskiego programu nuklearnego.
Ta mieszanka nastrojów może mieć duże znaczenie polityczne. Jeśli konflikt się przedłuży, rosnące koszty – zarówno finansowe, jak i ludzkie – mogą szybko stać się przedmiotem ostrego sporu w Waszyngtonie.
Po kilku dniach walk jasne jest, że konflikt szybko stał się czymś więcej niż tylko operacją militarną przeciwko Iranowi. Obejmuje już kolejne państwa regionu, wpływa na globalne rynki i coraz silniej oddziałuje na politykę wewnętrzną Stanów Zjednoczonych.
Nie wiadomo natomiast, czy operacja doprowadzi do trwałego osłabienia Iranu ani kto ostatecznie przejmie władzę w Teheranie. To pytanie pozostaje dziś równie ważne jak sama wojna – i może w dłuższej perspektywie okazać się jeszcze trudniejsze do rozstrzygnięcia.
na podst. AP, Reuters, The Guardian, Axios, CNN, FoxNews, Fortune