Groźby prezydenta Donalda Trumpa dotyczące Grenlandii i zapowiedzi ceł na towary europejskie mogą kosztować gospodarkę amerykańską znacznie więcej, niż zakładają eksperci z otoczenia Białego Domu. Analiza Wall Street Journal pokazuje, że transatlantyckie więzi gospodarcze są tak głębokie, że ich zerwanie uderzy w sektor finansowy, technologiczny i przemysłowy USA – od Karoliny Południowej po Dolinę Krzemową.
W środę Trump wystąpił w Davos podczas Światowego Forum Ekonomicznego, próbując złagodzić napięcie. Zapewnił, że nie użyje siły militarnej wobec Grenlandii, choć dodał, że USA byłyby "nie do powstrzymania", gdyby zdecydowały się na taki krok. "To prawdopodobnie najważniejsza rzecz, jaką powiedziałem, bo ludzie myśleli, że użyję siły. Nie muszę używać siły. Nie chcę używać siły. Nie użyję siły" - oświadczył prezydent.
Mimo tych zapewnień, Trump pozostawił niewiele wątpliwości co do swojej determinacji. "Możecie powiedzieć tak, a my będziemy bardzo wdzięczni, albo możecie powiedzieć nie - i to zapamiętamy" - ostrzegł. Rynki zareagowały krótkotrwałą ulgą, ale długofalowe skutki kryzysu w relacjach transatlantyckich mogą być nieodwracalne.
Administracja USA uzasadnia swoją politykę celną koniecznością wyrównania warunków handlu. Według Białego Domu, Europa od lat korzysta z asymetrycznego dostępu do amerykańskiego rynku, utrzymując wyższe bariery celne i regulacyjne dla produktów z USA. Wskazuje również, że europejskie kraje od dziesięcioleci nie płacą wystarczająco na obronę NATO, co de facto oznacza subsydiowanie europejskiego bezpieczeństwa przez amerykańskich podatników.
Przed wystąpieniem Trumpa atmosfera w Davos była naelektryzowana. Premier Belgii Bart De Wever nie przebierał w słowach: „Bycie szczęśliwym wasalem to jedno. Bycie nieszczęśliwym niewolnikiem to coś zupełnie innego”. Kanadyjski premier Mark Carney mówił o „rozpadzie, nie transformacji” w porządku międzynarodowym. Prezydent Francji Emmanuel Macron nazwał działania Trumpa „fundamentalnie nieakceptowalnymi”.
Giganci technologiczni na linii ognia
Analiza Wall Street Journal, najbardziej wpływowego dziennika gospodarczego w USA, ujawnia skalę potencjalnych strat. Ekonomiczne więzi między USA a Europą są tak głębokie, że żaden inny region świata nie może się z nimi równać. Unia Europejska jest największym partnerem handlowym Stanów Zjednoczonych, a Europa to największe źródło bezpośrednich inwestycji zagranicznych w USA - 3,6 biliona dolarów zainwestowanych do 2024 roku.
Eksport usług z USA do UE wyniósł w ubiegłym roku prawie 295 miliardów dolarów. To właściwie pieniądze europejskich klientów finansują obecnie najbardziej zaawansowane projekty technologiczne Ameryki - od budowy centrów danych po rozwój sztucznej inteligencji.
Wall Street Journal zauważa, że Europa stanowi kluczowy filar finansowania rewolucji AI w USA. "Przychody generowane z Europy i innych miejsc finansują obecnie rozwój sztucznej inteligencji i budowę centrów danych" - podkreślają analitycy. W przypadku eskalacji konfliktu to właśnie sektor technologiczny może ucierpieć najbardziej.
Europejska „Bazooka” wymierzona w Big Tech
Unia Europejska rozważa obecnie pakiet ceł odwetowych o wartości 109 miliardów dolarów. Ale prawdziwa groźba kryje się gdzie indziej - w tak zwanym narzędziu odwetowym, które w Brukseli nazywane jest "Bazooką".
To narzędzie pozwoliłoby Europie na bezpośrednie targetowanie amerykańskich usług i inwestycji, uderzając szczególnie mocno w sektor farmaceutyczny i technologiczny.
Według analiz Wall Street Journal, wiele amerykańskich koncernów kieruje swoją działalność badawczo-rozwojową przez kraje takie jak Irlandia, gdzie produkują składniki aktywne leków i księgują zyski w niskoopodatkowanych jurysdykcjach. Firmy technologiczne stosują podobne strategie - przykładowo znaczną część swojej własności intelektualnej i globalnych zysków księgują w Irlandii, mimo że urządzenia produkują gdzie indziej.
Europa atakująca te struktury oznaczałaby niższe globalne zyski amerykańskich korporacji, słabsze wyceny giełdowe i mniejszą zdolność inwestowania w obszary takie jak sztuczna inteligencja.
Kto zapłaci rachunek za cła?
Badanie niemieckiego instytutu w Kilonii przynosi zaskakujące wnioski: amerykańskie firmy i konsumenci ponieśli 96 procent kosztów ceł nałożonych w ostatnim okresie przez administrację, a zagraniczni eksporterzy zaabsorbowali zaledwie 4 procent. Choć Biały Dom argumentuje, że cła zmuszają zagraniczne firmy do przenoszenia produkcji do USA, co w dłuższej perspektywie przyniesie korzyści amerykańskim pracownikom.
Eksperci przewidują, że nowe cła będą hamulcem dla amerykańskiej gospodarki, przynajmniej w krótkim okresie. Nawet jeśli Europa nie odpowie cłami odwetowymi, dodatkowe taryfy podniosą ceny dla amerykańskich firm i konsumentów.
Szczególnie narażony jest amerykański przemysł, którego łańcuchy dostaw są ściśle powiązane z Europą. Wiele fabryk w USA sprowadza maszyny, turbiny i komponenty z Europy. Cła podnoszą koszty produkcji. Jeśli Europa odpowie cłami odwetowymi, ucierpią amerykańscy producenci eksportujący przez Atlantyk.
Stawką jest przyszłość dolara
Wall Street Journal ostrzega przed jeszcze poważniejszym scenariuszem. Europejscy inwestorzy posiadają około 8 bilionów dolarów (amer. trillion) amerykańskich akcji i obligacji – „prawie dwa razy więcej niż reszta świata razem wzięta” - jak zauważa Deutsche Bank.
Dotychczas obawy o możliwy odpływ kapitału z USA okazywały się przesadzone. Zagraniczni inwestorzy wciąż wykazywali silny popyt na amerykańskie aktywa finansowe w ubiegłym roku, a indeks S&P 500 zanotował trzeci z rzędu rok dwucyfrowych zysków. Amerykańskie obligacje skarbowe pozostają najbezpieczniejszym aktywem dla banków centralnych i inwestorów na całym świecie.
Ale coraz więcej głosów ostrzega, że obecny kryzys jest innej natury. „W środowisku, w którym geopolityczna stabilność sojuszu zachodniego jest egzystencjalnie zakłócana, nie jest jasne, dlaczego Europejczycy mieliby nadal odgrywać tę rolę” - argumentuje Deutsche Bank.
Gdyby europejscy inwestorzy zaczęli ograniczać inwestycje w amerykańskie akcje i obligacje, skutki byłyby dotkliwe: słabszy dolar, spadki na giełdach i wyższe koszty pożyczek dla USA. Wyższe koszty kredytu hamują z kolei inwestycje biznesowe i wydatki gospodarstw domowych, prowadząc do spowolnienia gospodarczego.
Długofalowa cena zerwania
W perspektywie długoterminowej wiele zależy od tego, czy i jak szybko Europa zdecyduje się na zmniejszenie zależności od Stanów Zjednoczonych. WSJ ostrzega, że pogorszenie relacji może skłonić Europę do pogłębienia więzi handlowych gdzie indziej - przede wszystkim z Chinami.
Dla USA ostatecznym skutkiem mogłoby być wypychanie amerykańskich firm z europejskiego rynku, co nadszarpnęłoby ich zyski i otworzyło drzwi dla konkurentów z innych krajów.
Trump zapowiedział nałożenie dodatkowych 10-procentowych ceł na osiem krajów europejskich od 1 lutego. Stawki miałyby wzrosnąć do 25 procent 1 czerwca, jeśli do tego czasu nie dojdzie do porozumienia w sprawie Grenlandii. Cła uderzyłyby w szeroki wachlarz europejskich produktów - od francuskich perfum, serów i win po niemieckie samochody.
Problem w tym, że obecny kryzys wykracza poza zwykłe negocjacje handlowe. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wezwała do "trwałej" niezależności od Stanów Zjednoczonych.
„Nie ma już sensu być miękkim” - podsumował belgijski premier De Wever. „Jeśli ktoś mówi: chcę wziąć od was terytorium NATO, albo rozpocznę wojnę handlową, to rozpoczniemy wojnę handlową”.
na podst. WSJ, Axios