Ewa Milde
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Niedawno odeszła na niebiańską scenę „Nasza Ewa”. Oto kim była...

Aktorką. Teatralną i filmową. Ukończyła studia na Wydziale Aktorskim PWSTiF w Łodzi. Dlatego też jej debiut sceniczny odbył się na deskach Teatru Ziemi Łódzkiej. Była wtedy na trzecim roku studiów. Potem zmieniała teatry. Był Koszalin (tam grając wystąpiła ze sztuką „Dzika kaczka” Ibsena na X Festiwalu Teatrów Polski Północnej w Toruniu, gdzie zdobyła nagrodę SPATiF-u za rolę Jadwini), Szczecin, Kalisz – i tu pod okiem Izabeli Cywińskiej dojrzewała jako aktorka. I wreszcie Warszawa – teatr Ateneum, w którym grała aż do wyjazdu z Polski.

Był w Ewie Milde jakiś smutek, który przejawiał się w każdej roli. Nie tylko tej dramatycznej jak w „Drewnianym różańcu” czy „Królowej Bonie”, lecz i w dziś już kultowych filmach i serialach. Zofia Dyrman („oto moja żona Zofia”) w „Misiu”, Bożenka w „Czterdziestolatku”, Wiesława Winnicka w „Alternatywach 4” to postacie niby komediowe, ale też tragikomiczne. Mimo że grała u boku najznakomitszych polskich aktorów i często były to role drugoplanowe, to ta cecha ją wyróżniająca sprawiła, że zawsze jej rola przyciągała uwagę. Dlatego dorobek aktorski miała imponujący – zarówno ten teatralny, jak i filmowy czy telewizyjny.

Ale wyjechała z kraju i znalazła się w Szwecji, trochę dla przygody, trochę dla chleba. Nie całkiem sprawdziły się zamierzenia, bo po kilku reklamach i jednym filmie polsko-szwedzkim kariera Ewy jakoś przycichła. Dlatego gdy dostała propozycję od Waltera Kotaby, żeby prowadzić audycję w jego stacji radiowej, przeniosła się do Chicago. Oczywiście miało być na krótko i tylko dla podreperowania sytuacji finansowej. Po odejściu z radia Kotaby 30 lat prowadziła audycję „Na serio” w stacji WPNA. Założyła ją wspólnie z mężem Bogdanem Łańko, aktorem Krzysztofem Pieczyńskim oraz plastykiem Wojtkiem Sawą w 1988 roku. Nigdy nie zrezygnowała ze swojej profesji. Chicagowskiej publiczności bliskie są jej role prezentowane na deskach kabaretu „Bocian”, w którym od 1997 roku uprawiała poza aktorstwem również rolę scenarzystki i reżysera. Przez 20 lat „Bocian” bawił i zmuszał do refleksji nad dolą emigranta, występując w różnych obiektach polonijnej kultury: „Cafe Lura”, „Eugene’s Fireside”, „Ambasador”, „Jolly Inn”, „DiDi” i wreszcie „Art Gallery Kafe”. Pod skrzydłami „Bociana” dojrzewali lub chronili się na chwilę tutejsi aktorzy czy muzycy i goście z Polski. To długa droga tej zasłużonej dla kultury polskiej formacji.

Jednak nie tylko „Bocian”. Była taka ambitna Grupa Teatralna „Proscenium”, której artystycznym doradcą został Bogdan Łańko, a w którym Ewa Milde zrealizowała swoje marzenie, aby zagrać George Sand. Miało to miejsce w 2010 roku w Copernicus Center. Produkcja połączyła siły aktorskie zarówno profesjonalistów jak i utalentowanych amatorów, a Ewa Milde zajaśniała w niej pełnią swojej nietuzinkowej osobowości. Nietuzinkowej, gdyż Ewa miała umysł ścisły, zawsze chciała studiować fizykę, a za szczyt swojej aktorskiej kariery uważała możliwość zagrania roli Marii Skłodowskiej-Curie w sztuce „Promieniowanie” Kazimierza Brauna. Niestety to marzenie już się nie spełni – nad czym ubolewają zasmuceni wielbiciele Jej talentu.

Tekst i zdjęcia: Bożena Jankowska

 

Jako dodatek fragment archiwalnego wywiadu z 2002 roku. Z Ewą Milde i Bogdanem Łańko - producentami radiowego “Programu Na Serio” rozmawiała Bożena Jankowska:

"Po czternastu latach rozmowa ciągle medialna"

Czternaście lat to długi okres. A jak się uświadomi prawie codzienne przygotowywanie audycji: tematów, wiadomości, zgromadzenie odpowiednich współpracowników typu korespondentów, czy zapraszanych gości - to ogromny nakład pracy. Co was trzyma w tej branży od początku?

(EM): Jeśli o mnie chodzi, to proste. Przyjechałam do Ameryki, aby właśnie poprowadzić program radiowy. Ściągnął mnie tu Włodek Kotaba do swojej stacji radiowej. Oczywiście w Polsce żyłam mitem Ameryki, w której można było zarobić tygodniowo więcej niż w teatrze przez miesiąc. Liczyłam, że podreperuję się finansowo i wrócę. A tu życie pokazało, że nic nie jest proste. I chociaż przyjechałam tu do radia, to po kilku miesiącach, kiedy mój ówczesny współpracownik Jurek Bekker przeniósł się do Nowego Jorku, aby objąć stanowisko w “Wolnej Europie”, następny współpracownik spowodował moje odejście. I wtedy właśnie Boguś razem z Krzysiem Pieczyńskim i Wojtkiem Sawą założyli “Program Na Serio”. 

I było to w roku 1988. A czy od razu był to program na serio?

(BŁ): Tak. Wymyśliłem tę nazwę, gdyż założenie było takie, aby ten program był pół żartem. Czyli rzeczy serio były traktowane z przymrużeniem oka. Ale jak się okazało w naszej późniejszej pracy i współpracy to najbardziej serio potraktowaliśmy naszych słuchaczy i naszą rolę jako aktorów, aby zachować czystość języka polskiego, promować polską kulturę i sztukę, przypominać polskich twórców, zarówno żyjących na emigracji jak i w kraju, o których się nie wspominało. Po odejściu Krzyśka i Wojtka, którzy powrócili do Polski, zostaliśmy z Ewunią. Dołączył do nas Zbyszek Banaś, który był naszym korespondentem filmowym. I tak to trwa do dzisiaj.

Wrócę jeszcze do ogromu pracy, który trzeba włożyć, aby audycja trwała. Żeby informowała, a nie tylko bawiła, czy pełniła rolę rozrywki. Jak wam się to udaje?

(BŁ): Nasza praca to przedłużenie marzenia, aby pozostać w zawodzie aktorskim nawet w innym kraju. Realizować siebie poprzez możliwość docierania do grona słuchaczy (takich innych widzów). Stąd czytanie wierszy, fragmentów literackich, rozmowy na temat wydarzeń kulturalnych. Natomiast działalnością typowo dziennikarską, reporterską czy informacyjną, zajmują się specjalnie przez nas zaproszeni korespondenci. Od początku był z nami wspaniały pisarz, kompozytor i kontestator Stefan Kisielewski, którego korespondencję dla naszego programu zamieszczał także “Dziennik Związkowy”. Był Mirosław Bielski, który niestety również nie żyje, założyciel Krakowskiego Towarzystwa Gospodarczego. Był Janusz Weiss, satyryk, współtwórca kabaretu “Salon Niezależnych”. Ciągle z nami współpracuje znakomity dziennikarz Jurek Bekker. Mamy w naszym gronie największego rock-and-rollowca w Polsce Zbigniewa Hołdysa, którego wypowiedzi często wzbudzają kontrowersje wśród słuchaczy.

(EM): To myśmy odkryli w nim żyłkę dziennikarską, o której nigdy by sam nie pomyślał. No i jest z nami znany poeta, filozof, historyk dr Bogdan Urbankowski. Dobór osób, które wybieramy, to też nasza praca. Chociaż niektórzy słuchacze sugerują nam niejako pewną cenzurę, to my szanujemy każdego korespondenta, jego opinię i zostawiamy mu pełne prawo do artykułowania takiejż. Sądząc z telefonów do audycji, cieszymy się szacunkiem i zaufaniem naszych słuchaczy. Może właśnie dzięki i tej cesze, że uznajemy różne racje dziennikarskie.

Macie ambicje, żeby wiedzieć o wszystkim i wszystkich?

(EM): Między innymi jest to nasza powinność. Żyją wśród nas artyści: aktorzy, malarze, ludzie pióra czy muzycy, o których nikt nigdy by się nie dowiedział, gdyż nie wykonują swojej profesji, a często pracują ciężko po fabrykach, czy innych łatwo dostępnych miejscach zarabiania na życie. A przecież też mają ambicje, próbują coś robić, nawet robią - wydają książki, komponują, organizują wystawy. Naszym zadaniem jest te wydarzenia kulturalne nagłośnić, dać innym poznać artystów od strony prywatnej i tego, co sobą reprezentują.

(BŁ): Wszystkie wydarzenia artystyczne są przez nasz program nagłaśniane. I jeżeli ktoś nie wie, co się dzieje “na Polonii”, jeśli chodzi o kulturę, to tylko i wyłącznie program “Na serio” ma pełny serwis informacji.

Porozmawiajmy o gościach waszego programu.

(BŁ): Sądząc po faktach, chyba łapią tzw. radiowego bakcyla. W ciągu tych minionych lat naszymi gośćmi byli: Basia Choroszy, Andrzej Szopa, Sylwek Skóra... Czyli ci, którzy potem stworzyli własne audycje radiowe funkcjonujące do dziś.

(EM): Nie zapominajmy też o Zosi Mierzyńskiej, przecież byliśmy uczestnikami jej jedynej polonijnej sagi radiowej “Jackowo Story”. A także o Basi Bilszcie propagującej muzykę. No i wielu, wielu innych, których kontakt z radiem i naszą audycją zachęcił do realizowania własnych marzeń artystycznych.

Czy słuchacze doceniają waszą pracę? Czy macie kontakt “intymny” z nimi?

(EM): Poza telefonami do studia, “ludzie listy piszą”. Często są to listy interwencyjne, prośby o pomoc, zawierające zwierzenia, czy twórczość. Próbujemy zawsze reagować na te potrzeby.

(BŁ): Ponieważ część naszych słuchaczy to ludzie samotni, starsi lub chorzy, staramy się wyjść naprzeciw ich oczekiwaniom. Czyli wykorzystać to, co głos, czy obecność drugiego człowieka, nawet tylko słyszanego, może sprawić. Właśnie nawiązując ten kontakt “intymny”. Nieraz kojarzy się on nam z konfesjonałem.

(EM): Dzwonią do nas po poradę lub informację do kogo lub gdzie się po daną poradę zwrócić. Ludzie nie zawsze mają zaufanie do suchych ogłoszeń, natomiast przebywając z nami przez te wszystkie lata, traktują nas rodzinnie. Kiedy jeszcze bywaliśmy w radio “na żywo” w Wigilię, czy inne Święta, zostawaliśmy zapraszani po audycjach do domów słuchaczy, aby wspólnie z nimi celebrować. Nie zawsze mogliśmy skorzystać z zaproszenia...

(BŁ):  Ale i tak część naszych przyjaźni i prywatnych znajomości tak się właśnie rozpoczęła. Zawsze uczestniczyliśmy albo byliśmy inicjatorami akcji charytatywnych, zbiórek pieniężnych i innych działań pomocnych radiostacji 1490.

Porozmawiajmy też o budżecie, czyli o kosztach programu. Musicie przecież płacić za emisję godzinną wcale nie tak mało.

(EM): No cóż. Zawsze jakieś koszty trzeba ponosić, jeśli się chce realizować siebie. Nigdy w Polsce do głowy mi nie przyszło, żebym musiała dopłacać do własnego zawodu. Tu wymogi rynku ekonomicznego są proste. Chcesz coś robić - płać. Oczywiście na szczęście istnieje także pojęcie sponsoriatu, chociaż dla nas Polaków jeszcze jakby nie całkiem zrozumiałe. Nasi sponsorzy, czy klienci, często mylą pojęcie sponsora, czyli mecenasa, z pojęciem reklamy handlowej. Zamówiona reklama funkcjonuje jedynie dopóty, dopóki biznes się nie rozwinie. W momencie kiedy pojawią się klienci i biznes zaczyna nabierać rozmachu, właściciele nie czują dalszej potrzeby wspomagania programu, który ich wspomógł.

(BŁ): Na szczęście nie wszyscy tak myślą i dzięki temu mamy sponsorów, którzy są z nami od zawsze. Między innymi właściciele kwiaciarni “Krystyna’s flowers”, państwo Olowscy, Zbigniew Karaś, Ewa Bloda - żeby wymienić tylko niektórych.

No tak, ale to są ci nieliczni, dla których pojęcie “mecenatu sztuki” coś znaczy. Poza tym są również gośćmi waszego programu i mogą przedstawiać swoje profesje i zainteresowania “na żywo”. A czy macie pomoc z innych kręgów: organizacji polonijnych, stowarzyszeń, klubów?

(EM): Do nielicznych, acz nie zainteresowanych reklamą, należą państwo Łodygowie. Muszę ich wspomnieć, gdyż od lat otaczają nas życzliwością i włączają się w każdą proponowaną przez nas inicjatywę. O organizacjach wolałabym nie mówić. Jesteśmy wdzięczni naszym sponsorom, gdyż dzięki nim istniejemy tyle lat na antenie. Bez nich ten program nie byłby możliwy, bo wiadomo, że nigdzie więcej nie pracujemy, więc nie mamy dochodów, abyśmy mogli koszta pokryć i cały program dźwigać. Jest to bowiem bardzo kosztowne hobby.

(BŁ): No, raczej zawód...

Tyle o sponsorach. Czym chcecie uczcić te odchodzące czternaście lat, a zacząć rok piętnasty? Jakie rezolucje? Czy będą ordery?

(BŁ): Organizujemy wielki bal karnawałowy w rocznicę czternastolecia. 12 stycznia 2002 spotkamy naszych przyjaciół, sponsorów, klientów i tych, którzy chcieliby nimi zostać, w salach restauracji “DiDi” przy 6218 W. Belmont Ave. o godzinie 7.30 pm. Zapewniamy znakomitą zabawę, smaczną kuchnię i rodzinną atmosferę. Obiecujemy niespodzianki, tak jak w latach poprzednich niespodzianką było wręczenie złotych odznak “Programu Na Serio”, w tym roku również czymś zaskoczymy. A rezolucje?

(EM): Na pewno postaramy się znowu wykonać kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty.