Świat od dekad zapowiada odchodzenie od węgla, ropy i gazu, ale uzależnienie od paliw kopalnych trwa. Wprawdzie w pierwszej połowie 2025 roku energia odnawialna wygenerowała więcej prądu niż węgiel, jednak globalny apetyt na energię rośnie tak szybko, że także zużycie węgla wciąż bije rekordy. W ubiegłym roku zapotrzebowanie na ten surowiec wzrosło o kolejne 1,5 procent, osiągając rekordowy poziom 8,79 miliarda ton. Największy udział w tym wzroście miały Chiny i Indie – dwie gospodarki, które mimo ogromnych inwestycji w odnawialne źródła energii wciąż napędzają swój rozwój paliwami kopalnymi.
Dziś wiemy, że paliwa kopalne szkodzą naszemu środowisku, a ich ciągłe zużycie powoduje trwałe szkody dla planety. Eksperci ostrzegają, że jeśli świat wkrótce nie ograniczy spalania węgla, osiągnięcie celu utrzymania globalnego ocieplenia poniżej 1,5°C stanie się niemożliwe. Ale zrozumienie, dlaczego tak trudno zerwać z tym nałogiem, wymaga cofnięcia się w czasie – do początków naszej energetycznej historii.
Od słońca do węgla...
Energia, którą wykorzystuje człowiek, zawsze pochodziła ze słońca – w sposób pośredni lub bezpośredni. W epoce przedindustrialnej to słońce zasilało życie: rośliny przetwarzały jego promienie w biomasę, ludzie palili drewno, a zwierzęta pociągowe zamieniały energię roślinną w pracę. Cały system energetyczny był oparty na tym, co natura mogła wyprodukować.
Wraz z rozwojem miast zaczęło jednak brakować drewna, a rosnące populacje potrzebowały coraz więcej energii. W XVIII wieku Anglia stanęła wobec deficytu surowca, który przez stulecia był podstawą życia codziennego. Wtedy właśnie zaczęła się era węgla – energii zmagazynowanej w ziemi przez miliony lat.
Węgiel, trzykrotnie bardziej energetyczny niż drewno, pozwolił napędzać huty, statki i lokomotywy. Z czasem stał się fundamentem rewolucji przemysłowej – procesu, który przekształcił świat. Od połowy XIX wieku ludzkość korzystała już nie tylko z bieżącej energii słonecznej, ale z jej skamieniałej wersji.
W drugiej połowie XIX wieku do gry wkroczyła ropa naftowa – początkowo jako ciekawostka techniczna, a nieco później jako nowe źródło energii o ogromnym potencjale. To właśnie ropa stała się paliwem nowoczesności.
Od koni do silników spalinowych
W wielkich miastach na przełomie XIX i XX wieku pracowały dziesiątki tysięcy koni – były podstawowym „silnikiem" gospodarki - ciągnęły dorożki, omnibusy i wozy towarowe. W Londynie było ich blisko 50 tysięcy, w Nowym Jorku nawet więcej. Jednak ich obecność miała wysoką cenę, o której dziś rzadko się pamięta.
Każdy koń produkował średnio od 15 do 20 kilogramów nawozu dziennie, co w skali miasta dawało ponad tysiąc ton odchodów. Ulice tonęły w błocie, a w powietrzu unosił się zapach rozkładu. Odchody wysychały, zamieniając się w pył, który wdzierał się do domów i płuc mieszkańców. Gnijące masy nawozu przyciągały miliony much roznoszących choroby, takie jak tyfus, czerwonka czy gruźlica. Do tego dochodziły padłe zwierzęta: konie, które zdychały na ulicach, często pozostawały tam przez kilka dni, zanim ktoś zdołał je usunąć.
W prasie końca XIX wieku pojawiały się dramatyczne opisy „kryzysu końskiego nawozu” – problemu, który uznawano za największe wyzwanie urbanizacji. Ulice miast były nie tylko brudne i śmierdzące, ale też niebezpieczne – śliskie, pełne odpadów i bakterii.
Pojawienie się silnika spalinowego i pojazdów mechanicznych było więc prawdziwym wybawieniem. Postrzegano je wręcz jako rozwiązanie ekologiczne: nie brudziły ulic, nie przyciągały much, nie generowały odchodów. Zamiast problemu końskiego nawozu pojawił się – dopiero wiele dekad później – problem spalin. Ale wówczas było to postrzegane jako ogromny postęp cywilizacyjny i sanitarny. Miasta odetchnęły dosłownie i w przenośni.
To paradoks historii energii: to, co dziś uważamy za źródło zanieczyszczeń, w swoim czasie było symbolem czystości i nowoczesności.
Ropa naftowa szybko wyparła węgiel w transporcie, a rozwój silnika spalinowego otworzył nową epokę. Od momentu, gdy w 1908 roku z taśmy produkcyjnej zjechał pierwszy Ford Model T, świat nabrał prędkości i do dziś nie zwolnił. W 1964 roku ropa naftowa stała się najważniejszym źródłem energii na świecie – po raz pierwszy w historii wyprzedzając węgiel.
Paliwa kopalne umożliwiły eksplozję technologiczną, rozwój medycyny, transportu i komunikacji – wyrwały miliardy ludzi z biedy i zbudowały nowoczesną cywilizację.
W pułapce własnego sukcesu
Ale sukces ma swoją cenę. W XXI wieku to samo źródło dobrobytu stało się głównym zagrożeniem dla planety. Zanieczyszczenia, smog, ekstremalne zjawiska pogodowe i globalne ocieplenie. Paradoks polega na tym, że im bardziej świat się rozwija, tym więcej energii potrzebuje, a więc tym trudniej jest ograniczyć spalanie węgla, ropy i gazu.

... z powrotem do słońca?
Dziś świat dysponuje technologią, która pozwala produkować energię ze słońca i wiatru na niespotykaną dotąd skalę. Ale taka zmiana wymaga nie tylko inwestycji, lecz także cierpliwości, politycznej odwagi i sprawiedliwości wobec krajów rozwijających się. Bo dla takich państw jak Indie czy Indonezja węgiel wciąż jest najtańszą drogą do rozwoju, tak jak kiedyś był nią dla Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych.
Świat od lat zapowiada „koniec ery węgla”, ale dane pokazują, że to uzależnienie jest silniejsze niż nam się wydaje. Być może właśnie dlatego każda próba zmiany przypomina terapię odwykową – z nawrotami i nieustanną walką z pokusą łatwego rozwiązania.
Historia energii to historia ludzkiej pomysłowości i sprzeczności: słońce, które dało życie, zrodziło węgiel i ropę, a te z kolei dały cywilizacji potęgę – technologię, dzięki której będziemy mogli powrócić do słońca jako źródła energii. I choć przyszłość należy do źródeł odnawialnych, to przeszłość wciąż trzyma nas mocno za rękę.
na podst. oilprice.com, brookings.edu