----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij znajomym:

Niedobory w łańcuchach dostaw hamują zakupoholizm amerykańskich konsumentów. Amerykanie kupują jak najęci, a gospodarka USA w dużej mierze oparta jest na niepohamowanym konsumpcjonizmie. To aż 67 proc. amerykańskiego PKB. Co więcej politycy wmawiają ludziom, że ich obowiązkiem jest bezmyślne wydawanie pieniędzy, kiedy gospodarka słabnie. W imię szeroko pojętego patriotyzmu – pisze Bloomberg.

Jednak Amerykanie nie mogą już wydawać pieniędzy tak, jak kiedyś. Półki sklepowe pustoszeją, a znalezienie samochodu, lodówki czy sofy, może zająć kilka miesięcy. Jeśli trend się utrzyma, będziemy musieli nauczyć się żyć bez tego wszystkiego i, o zgrozo, żyć bardziej jak Europejczycy. I w gruncie rzeczy może nie będzie to takie złe, gdyż Ameryka mogłaby być zdrowsza, gdyby była mniej zależna od konsumpcji - spekuluje dziennik.

Należy przypomnieć, że w USA nie od zawsze panuje tak szeroki konsumpcjonizm, a w erę nadmiaru wkroczyliśmy całkiem niedawno. Konsumujemy znacznie więcej niż kiedyś i więcej niż inne kraje. Od 1900 do 2015 roku konsumpcja na jednego mieszkańca wzrosła o około 65 proc., dla porównania w Europie było to 35 proc. Konsumpcja gospodarstw domowych stanowi tylko około 50 proc. PKB w Niemczech.

Liczby odzwierciedlają duże zmiany w stylu życia Amerykanów. W 1980 roku przeciętny dom w USA miał wielkość 1,700 stóp kwadratowych, w 2015 roku miał już 2,000 stóp kwadratowych, mimo że liczba osób w przeciętnym gospodarstwie domowym zmniejszyła się. W 1980 roku 15 proc. gospodarstw domowych nie posiadało telewizora, obecnie nie ma go tylko 3 proc. W 2015 roku 40 proc. amerykańskich gospodarstw domowych miało trzy lub więcej telewizorów, w tym 30 proc. gospodarstw zarabiających mniej niż 40 tys. dolarów rocznie! Lodówek także przybyło. W 1980 roku tylko 13 proc. gospodarstw domowych miało dwie lub więcej lodówek, w 2015 roku ma je aż 30 proc. - w tym wiele tych, które deklarują niskie dochody. Szokujące są dane dotyczące zakupów odzieży – te od 1980 roku wzrosły pięciokrotnie, a przeciętne ubranie jest w USA noszone tylko siedem razy, zanim trafi do kosza.

W czasie pandemii nasze zwyczaje związane z wydawaniem pieniędzy nieco przyhamowały, jednak mimo wszystkich niedoborów wracają jak bumerang- zauważa Bloomberg.

Dlaczego staliśmy się krajem zakupoholików?

Jest wiele powodów. Staliśmy się bogatszym krajem, co oznacza, że wydajemy więcej. Dzięki rozwojowi technologii wiele towarów potaniało i jest ogólnie dostępnych. Ponadto Internet ułatwia znalezienie większej ilości towarów w najlepszych cenach i to bez wychodzenia z domów. Innym ważnym czynnikiem jest to, że więcej towarów sprowadzamy z zagranicy - udział importu towarów i usług w PKB wzrósł prawie dwukrotnie od lat 80. Duża część handlu odbywa się z krajami takimi jak Chiny i Meksyk, a mają one niższe koszty pracy. I nawet w towarach produkowanych w Ameryce wykorzystuje się komponenty pochodzące z zagranicy.

Będzie mniej i drożej

Pandemia ujawniła słabe punkty tego hiperwydajnego, globalnego rynku. Porty są zablokowane, co powoduje niedobory w sklepach. Ta sytuacja ma miejsce po raz pierwszy w życiu wielu Amerykanów. Wszyscy z niecierpliwością oczekują, aż problemy zostaną rozwiązane, jednak istnieją przesłanki, które wskazują, że era nadmiernej obfitości i zakupoholizm Amerykanów dobiegają końca. Przed pandemią rząd USA pompował pieniądze w rodzime firmy i podwyższał cła, by zachęcić firmy do produkowania w kraju. Teraz administracja Bidena chce kontynuować te praktyki, by umocnić amerykańską gospodarkę. To oznacza, że w przyszłości więcej dóbr będzie produkowanych w Ameryce, jednak spowolnienie w handlu w dłuższej perspektywie może oznaczać mniejszą różnorodność towarów, po wyższych cenach.

Nie zapominajmy także, że stosunki gospodarcze USA z Chinami z każdym dniem stają się coraz bardziej napięte. Jeśli ulegną dalszemu pogorszeniu, skutkiem będzie znaczne obniżenie handlu, a o za tym idzie - niedobór tanich towarów. Przyszłość handlu jest jedną wielką niewiadomą, jednak pochylając się nad problem nadmiernego konsumpcjonizmu w USA dojdziemy do wniosku, że w obecnej sytuacji rynkowej taki poziom będzie nie do utrzymania.

Mniej oznacza ekologicznie

Nad problemem nadmiernej produkcji i wyrzucania ton zużytych ubrań i innych rzeczy należy się również zastanowić w kontekście dbania o planetę. Bycie "dobrym obywatelem świata" wymaga czegoś więcej, niż tylko jazdy elektrycznym samochodem i posiadania paneli słonecznych. Bycie "dobrym obywatelem świata" oznacza mniejszą konsumpcję. Może należałoby rozważyć, czy by nie wystarczy nam jedna lodówka i zrozumieć, że dziesiąta para spodni jest nam zbędna.

Niestety Amerykanie, jak nikt inny na świecie, mają tendencję do nadmiernego wydawania pieniędzy lub kupowania tanich substytutów, zamiast oszczędzać na towary o dłuższej żywotności i lepszej, jakości. Wynika to głównie z ich dostępności, większej ilości miejsca do przechowywania, a także z kultury, w której zakupy karmią pustą część naszej duszy, lub po prostu są sposobem na zabicie czasu. Europejczycy niekoniecznie są bardziej spełnieni, jednak znajdują inne, bardziej ekologiczne sposoby na zabicie czasu jak na przykład długie, rowerowe wycieczki.

Jednak, jak zauważa Bloomberg, biorąc pod uwagę ostatnie podwyżki cen oraz coraz większe naciski na ekologię, Amerykanie będą musieli przyzwyczaić się do niższej konsumpcji, takiej, jak w Europie. Może zaczną częściej zastanawiać się nad tym, co kupują, a jeśli już to będą to towary z górnej półki?

Upadek zakupoholizmu a gospodarka

Gospodarka oparta na konsumpcji nie jest zrównoważona. Mogłoby się wydawać, że żarłoczna konsumpcja napędza gospodarkę. Ale nie musi tak być. Długoterminowy, zrównoważony wzrost nie bierze się z kupowania niepotrzebnych rzeczy za pieniądze, których nie mamy.

al