----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Pojawiła się propozycja, by wzorem Kalifornii, mieszkańcy Illinois mieli możliwość odwoływania lokalnych polityków zajmujących wybieralne stanowiska - od gubernatora po zarządcę niewielkiego dystryktu - w przypadku, gdy są niezadowoleni z ich pracy.

Opinie na ten temat są różne

Jedni uważają, że byłoby o narzędzie pomocne w rozliczaniu polityków i urzędników, pozwalające na pozbycie się ze stanowisk nieefektywnych lub skorumpowanych osób w wyniku ogólnostanowego referendum.

Inni wskazują na to, że w obecnym spolaryzowanym społeczeństwie, tylko pogłębiłoby to podziały i wzmogło międzypartyjne walki o stanowiska.

"Będziemy świadkami nieustannych prób pozbawienia stanowiska osób reprezentujących przeciwną partię, często niezależnie od pojawiających się wobec tej osoby zarzutów" - mówią przeciwnicy pomysłu.

Jak miałoby to działać

Przez kilka miesięcy byliśmy świadkami próby odwołania ze stanowiska gubernatora Kalifornii, który ostatecznie utrzymał władzę i to bardzo dużą przewagą głosów. Od początku było bowiem jasne, że większość mieszkańców tego stanu nie domaga się zmiany gubernatora, mimo że nie do końca zgadza się z jego ostatnimi decyzjami. Uruchomionego jednak procesu odwołania nie można już było zatrzymać. Niepotrzebne wybory kosztowały miliardy dolarów i mnóstwo straconego czasu.

W Illinois miałoby to działać podobnie, choć z elementami przeciwdziałającymi nadużyciom zaobserwowanym w Kalifornii.

Grupa konserwatywnych aktywistów i prawodawców republikańskich przedstawiła kilka dni temu plan zapewniając, że wbudowali odpowiednie zabezpieczenia, choć wiele osób ma wątpliwości, czy okażą się one skuteczne.

Plan stworzyła grupa Illinois Opportunity Project, konserwatywna grupa aktywistów z Chicago, kierowana przez Matthew Beslera, byłego czołowego stratega gubernatora Bruce'a Raunera i dwóch urzędujących republikańskich polityków: senatora stanowego Jasona Barickmana z Bloomington i reprezentanta Marka Batinick z Plainfield.

Jeśli propozycja uzyska znaczące wsparcie finansowe –finansowaniem tego projektu zainteresowana jest grupa sponsorów – może zyskać aprobatę, nawet w mocno demokratycznym Illinois.

Zgodnie z jej postanowieniami wyborcy zostaną zapytani w listopadzie przyszłego roku, przy okazji wyborów, czy powinni mieć prawo do odwołania wybranych urzędników.

Chodzi o wywarcie nacisku na kontrolowane przez demokratów Zgromadzenie Ogólne Illinois, aby przedstawiło wyborcom w wiążącym referendum proponowaną poprawkę konstytucyjną, pozwalającą na rozpoczęcie procesu odwołania w przypadku, gdy złożone petycje zawierać będą podpisy co najmniej 12% głosujących we wcześniejszych wyborach.

Autorzy propozycji argumentują, że ich plan jest inny od istniejącego w Kalifornii.

- Odwołanie wymagałoby 60% poparcia, a nie jak w Kalifornii, zwykłej większości.

- Poza tym nie organizowano by w Illinois specjalnych, kosztownych wyborów, ale referenda takie przeprowadzano by przy okazji regularnie planowanych wyborów powszechnych.

- Dodatkowo, odwołany polityk nie byłby zastępowany wyłonionym w wyborach, ale przez swego dotychczasowego zastępcę, lub osobę nominowaną na to stanowisko do czasu zorganizowania kolejnych wyborów. Na przykład, jeśli gubernator zostałby odwołany, jego miejsce zajęłaby osoba ze stanowiska wicegubernatora.

W planie Barickmana i Batinicka jest też jedna, ciekawa możliwość. Otóż wyborcy stanowi byliby w stanie usunąć przewodniczącego Senatu stanowego lub przewodniczącego Izby Reprezentantów ze swoich kierowniczych ról, nawet jeśli te miejsca są wybierane głosami samych senatorów i reprezentantów, a nie zwykłych wyborców. Przychodzi tu na myśl niedawna sytuacja z byłym marszałkiem Izby, Madiganem, który mimo niskich notowań w sondażach stanowych utrzymywał swe stanowisko dzięki kolegom z Izby.

Argumentem zwolenników jest to, że wzmacniając głosy wyborców można będzie "oczyścić" skorumpowaną politykę Illinois. Wielu wątpi jednak w skuteczność systemu. W przeszłości wielokrotnie mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy oskarżony o coś, a nawet skazany polityk, ponownie wybierany był przez wyborców ze swego okręgu. Więc zaufanie wyborców nie zawsze przynosi skutek.

W dzisiejszym, jakże toksycznym środowisku politycznym, groźba odwołań, które może wywołać stosunkowo niewielka liczba wyborców, może być przepisem na pogłębienie walk i podziałów, a także niekończącą się, kosztowną, czasochłonną walkę polityczną.

Pomysł reformy brzmi dobrze w opinii wielu osób. Wątpliwości budzą jednak szczegóły. Na razie to tylko propozycja.

rj