----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij znajomym:

Pandemia stała się sygnałem alarmowym dla amerykańskiego rynku pracy. Po dekadach nisko płatnych prac w usługach, które przynoszą kiepskie korzyści finansowe, stało się jasne, że należy zadbać o pracowników z tych sektorów.

Już podczas pierwszej fali pandemii rozgorzały dyskusje na temat dodatkowych wynagrodzeń dla pracujących w trudnych warunkach, płatnych zwolnień lekarskich oraz rozszerzenia pracy zdalnej. Firmy takie jak Amazon, który równocześnie jest właścicielem sieci sklepów spożywczych Whole Foods, zapewniły tymczasowo swoim pracownikom dodatki za pracę w trudnych warunkach. Na podobny krok zdecydowała się sieć Kroger czy Albertsons.

Mimo iż od wybuchu pandemii i w Stanach Zjednoczonych minęły już prawie dwa lata, firmy nadal borykają się ze znalezieniem wystarczającej liczby pracowników. Zarówno politycy i ekonomiści starają się ustalić, co sprawia, że ludzie wciąż nie podejmują pracy. Problem wydaje się być złożony. Oprócz kwestii związanych z opieką nad dziećmi czy wcześniejszymi emeryturami stało się jasne, że Amerykanie mają już dość kiepskiej pracy, zwłaszcza marnych wypłat.

Szok dla systemu

„Covid zmienia nasz stosunek do pracy” – oceniała w zeszłym miesiącu Stephanie Aaronson z wydziału ekonomii w Brookings. Ekonomiści uważają, że jest to największy wstrząs na rynku pracy od czasu II wojny światowej, która zwiększyła udział kobiet w rynku pracy. Obecna sytuacja jest jednak odwrotna, udział siły roboczej spada.

Na początku kryzysu zdrowotnego firmy masowo zwalniały pracowników, gdyż gospodarka stanęła w miejscu. Kiedy w lecie 2020 roku gospodarka zaczęła się znowu odbijać, miliony zostały ponownie zatrudnione. Jedni wrócili na chwilę, inni wcale. Dlaczego? Są branże, w których pracownicy mają zwyczajnie dość. Bez wątpienia należą do nich hotelarstwo oraz usługi gastronomiczne. Stosunkowo niska płaca, wątpliwe bezpieczeństwo pracy, interakcja z dużą ilością ludzi podczas kryzysu zdrowotnego i konieczność egzekwowania nowych zasad bezpieczeństwa sprawiły, że niektórzy z hukiem porzucili swoje stanowiska.

Restauracjom i detalistom nie pozostało nic innego, jak podnieść stawki, choć nie zapominajmy, że w niektórych fast foodach podwyżka ograniczyła się do kilku centów więcej niż płaci konkurencja po drugiej stronie ulicy. Aby zaspokoić braki kadrowe część firm zaoferowało także bonusy dla nowych pracowników. Jednak nawet to nie pomogło - według danych z października - w kraju było ponad 11 milionów dostępnych miejsc pracy i wciąż brakowało chętnych, aby je obsadzić.

Wydaje się, że ta sytuacja to świetna opcja dla pracowników niższego szczebla, aby przenieść się do miejsc, które oferują lesze wynagrodzenia i świadczenia. Ekonomiści obawiają się jedna, że na dłuższą metę nie poprawi to sytuacji najmniej zarabiających osób.

Płacimy więcej, bo musimy

Płace w Ameryce rosną, ponieważ braki kadrowe zmuszają firmy do podwyżek i jest mało prawdopodobne, aby w najbliższym czasie miało się to zmienić. W najbliższych latach wyższe koszty pracy staną się stałym elementem napędzającym inflację. Przykładowo, jedzenie w restauracji jest już droższe, ponieważ ceny żywności i koszty utrzymania personelu gwałtownie rosną.

"To szok, kiedy trzeba zapłacić za coś realną wartość" –podsumowuje Kate Bahn, główny ekonomista Washington Center for Equitable Growth. Patrząc na ogromną liczbę zawodów usługowych, z którymi Amerykanie stykają się każdego dnia, od dostaw żywności i kawy po różnego rodzaju usługi sprzątania czy dozoru, twierdzenie to wydaje się prawdziwe.

"Płace nie były ustalane w oparciu o siły rynkowe, ale w oparciu o dysproporcje władzy” - powiedziała Bahn, co oznacza, że ludzie o najniższych dochodach nie mieli wystarczająco dużo władzy, aby domagać się sprawiedliwej płacy.

Pandemia zasadniczo zmienia dynamikę, która "odzwierciedla niezdrową i kruchą gospodarkę”. Ekonomistka uważa, że „mamy teraz tę jedyną w życiu szansę, aby coś z tym zrobić".

al