Jeszcze pół wieku temu ślub należał w Ameryce do niemal obowiązkowych etapów dorosłego życia. Najpierw szkoła, potem praca, małżeństwo, dzieci i własny dom. Dzisiaj ta kolejność coraz częściej się rozpada. Amerykanie pobierają się później, częściej żyją bez ślubu, a wielu nie zawiera małżeństwa wcale.
Zmiana jest ogromna. W 1970 roku 69 procent dorosłych Amerykanów pozostawało w związku małżeńskim. W 2024 roku było to już tylko 50 procent. Innymi słowy, pół wieku temu małżeństwo było doświadczeniem zdecydowanej większości dorosłych, dzisiaj społeczeństwo jest pod tym względem podzielone niemal dokładnie na pół.
Jeszcze lepiej zmianę widać po wieku nowożeńców.
W 1975 roku typowy Amerykanin zawierający pierwsze małżeństwo miał 23,5 roku, a kobieta niewiele ponad 21 lat. W 2025 roku to już 30,8 roku dla mężczyzn i 28,4 dla kobiet.
Ślub przesunął się więc o około siedem lat. To praktycznie całe dodatkowe życie pomiędzy ukończeniem szkoły a założeniem rodziny.
Najpierw trzeba stanąć na nogi
Nie chodzi tylko o zmianę obyczajów. Zmieniło się również to, czego wiele osób oczekuje przed zawarciem małżeństwa.
Dla wcześniejszych pokoleń ślub często był początkiem wspólnego budowania dorosłego życia. Dzisiaj coraz częściej następuje dopiero wtedy, gdy część tego życia jest już zbudowana. Najpierw studia, praca, spłata części długów, stabilizacja zawodowa i znalezienie miejsca do życia, a dopiero później małżeństwo.
Rosnące ceny mieszkań i koszty wychowania dzieci mogą dodatkowo utrudniać osiągnięcie takiego poczucia stabilności.
Jednocześnie życie bez ślubu jest społecznie znacznie bardziej akceptowane niż pół wieku temu. Wspólne mieszkanie nie musi już prowadzić szybko do małżeństwa, a pozostanie singlem po trzydziestce czy czterdziestce przestało być czymś niezwykłym.
Zmieniła się też pozycja kobiet. Więcej z nich kończy studia, pracuje i może utrzymywać się samodzielnie. Małżeństwo nie jest więc ekonomiczną koniecznością w takim stopniu, jak bywało dla wcześniejszych pokoleń.
Małżeństwo coraz bardziej dzieli Amerykę
Jedna z najciekawszych zmian jest jednak mniej widoczna. Małżeństwo coraz silniej wiąże się z wykształceniem.
W 1970 roku różnice były niewielkie. Wśród dorosłych z wykształceniem średnim małżeństwo miało 81 procent, a wśród osób z co najmniej 4-letnimi studiami 79 procent.
Dzisiaj proporcje wyglądają zupełnie inaczej. Wśród osób z wyższym wykształceniem na małżeństwo decyduje się 64 procent, natomiast wśród absolwentów high school tylko 50 procent.
Małżeństwo nie tyle więc znika, ile staje się bardziej charakterystyczne dla ludzi lepiej wykształconych i znajdujących się w stabilniejszej sytuacji życiowej.
Zmienia się również amerykański dom. W 1975 roku małżeństwa stanowiły 66 procent wszystkich gospodarstw domowych. Dzisiaj jest to 47 procent. Jednocześnie niemal 30 procent gospodarstw składa się już tylko z jednej osoby.
Ślub później albo wcale
Nie oznacza to, że Amerykanie odrzucili małżeństwo. Nadal zawierane są miliony ślubów, a dla ogromnej części społeczeństwa pozostaje ono ważnym celem życiowym.
Zmieniło się coś innego. Małżeństwo przestało być automatycznym krokiem następującym po wejściu w dorosłość.
Pół wieku temu dwudziestokilkuletni singiel często znajdował się jeszcze przed etapem życia, który społeczeństwo uważało za oczywisty. Dzisiaj trzydziestolatek bez obrączki nie musi już czuć, że gdzieś się spóźnił.
Amerykanie nie zrezygnowali z małżeństwa. Coraz częściej po prostu chcą zawierać je na własnych warunkach, czyli później, po osiągnięciu stabilizacji albo czasem wcale.