Przez lata to przyszli studenci zabiegali o przyjęcie na uczelnię, przygotowując podania, eseje i listy osiągnięć. Teraz role coraz częściej się odwracają. Setki amerykańskich szkół wyższych wysyłają oferty przyjęcia młodym ludziom, którzy wcześniej w ogóle się do nich nie zgłosili, a często o nich nawet nie słyszeli.
Tak zwana rekrutacja bezpośrednia, czyli direct admissions, szybko zdobywa popularność w Stanach Zjednoczonych. Uczelnie podejmują wstępną decyzję na podstawie kilku podstawowych informacji, przede wszystkim ocen ze szkoły średniej. Nie wymagają tradycyjnego podania, egzaminów SAT lub ACT, eseju ani szczegółowego opisywania zajęć pozalekcyjnych.
„Zamiast ucznia ubiegającego się o przyjęcie na uczelnię, to uczelnia ubiega się o ucznia” – tłumaczy Angel Perez, dyrektor National Association for College Admission Counseling. Jego zdaniem nowy system pozwala młodym ludziom uniknąć części przeszkód, które dotychczas komplikowały rekrutację.
Jak to działa
Mechanizm jest prosty. Zamiast tradycyjnej aplikacji uczniowie wypełniają krótki formularz na platformach pełniących rolę swoistych „swatek” między kandydatami a uczelniami. Do tego dołączają wyniki szkolne – i to w zasadzie wszystko. Oferty przyjęcia generowane są automatycznie na podstawie tych podstawowych danych, choć uczelnie zastrzegają sobie prawo do wycofania decyzji, jeśli oceny ucznia gwałtownie się pogorszą w ostatnim roku nauki. Kandydat nadal może składać tradycyjne podania do innych szkół, porównywać koszty i czekać na decyzje dotyczące stypendiów. Warto dodać, że cały proces jest bezpłatny.
Dlaczego uczelnie odwracają role
Za zmianą nie stoi jednak wyłącznie chęć uproszczenia młodym ludziom drogi na studia. Dla wielu szkół jest to także sposób na poradzenie sobie z coraz poważniejszym problemem finansowym i demograficznym.
Liczba 18-latków w Stanach Zjednoczonych maleje, a coraz więcej młodych ludzi kwestionuje sens zaciągania wysokich pożyczek na studia. Najsilniej odczuwają to mniej znane uczelnie prywatne i regionalne, które muszą rywalizować o kurczącą się grupę kandydatów. Nie mogą już zakładać, że zainteresowani sami je odnajdą i przejdą długą procedurę rekrutacyjną.
Skala zjawiska szybko rośnie. Liczba uczelni uczestniczących w programie bezpośredniego przyjmowania studentów na platformie Common App wzrosła ponad trzykrotnie od roku akademickiego 2023–2024. Obecnie stanowią one około jednej piątej wszystkich współpracujących z nią szkół. Własne programy uruchomiło także kilkanaście stanów.
Głosy przychylne
Zwolennicy rozwiązania zwracają uwagę, że większość amerykańskich uczelni i tak nie prowadzi szczególnie ostrej selekcji. Według danych organizacji NACAC szkoły czteroletnie działające na zasadach non profit przyjmowały ponad 70 proc. kandydatów. Rozbudowany proces rekrutacyjny często nie służył więc wyłonieniu nielicznych najlepszych, lecz zniechęcał osoby niepewne swoich szans, zwłaszcza pierwsze w rodzinie planujące studia.
Oferta pojawiająca się bez wielotygodniowego oczekiwania może działać także psychologicznie. Zamiast obawiać się kolejnych odmów, uczeń zaczyna od informacji, że jakaś szkoła już chce go przyjąć. Jedna z licealistek przyznała, że dzięki temu proces okazał się znacznie mniej stresujący, niż wcześniej przypuszczała.
Głosy krytyczne
Nie brakuje jednak sceptyków. Eksperci ds. doradztwa edukacyjnego zwracają uwagę, że mnogość automatycznych ofert może dodatkowo komplikować i tak już skomplikowany proces wyboru uczelni, zwłaszcza że nie każda z nich jasno komunikuje warunki finansowe towarzyszące przyjęciu. Sama oferta miejsca na uczelni to bowiem nie to samo, co realna możliwość opłacenia studiów. W odpowiedzi na te zarzuty niektóre stanowe programy zaczęły wymagać, by informacje o kosztach studiów pojawiały się już w pierwszym liście z ofertą.
Nowy rozdział czy chwilowa moda?
Trudno dziś jednoznacznie ocenić, czy direct admissions na trwałe zmieni oblicze amerykańskiej edukacji wyższej, czy pozostanie jedynie odpowiedzią na przejściowy kryzys demograficzny. Pewne jest jednak, że presja rynkowa zmusza uczelnie do porzucenia postawy biernego oczekiwania na kandydatów na rzecz aktywnego wychodzenia im naprzeciw. Dla przyszłych studentów i ich rodziców oznacza to nową rzeczywistość, w której to oni – przynajmniej na starcie – mogą poczuć się stroną bardziej pożądaną niż proszącą.