----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

07 sierpnia 2026

Udostępnij znajomym:

Amerykańska scena polityczna od ponad 160 lat pozostaje zdominowana przez dwie Partie – Republikańską i Demokratyczną. Mimo to co pewien czas w ich wnętrzu rodzą się ruchy, które kwestionują dotychczasowy kierunek i próbują zmienić ich oblicze. Dziś dzieje się to niemal jednocześnie po obu stronach.

Na prawicy grupa dawnych sojuszników Donalda Trumpa – wśród nich komentator Tucker Carlson, była kongresmenka Marjorie Taylor Greene, kongresmen Thomas Massie, były urzędnik ds. bezpieczeństwa narodowego Joe Kent oraz inni konserwatywni działacze – spotkała się w posiadłości Carlsona w stanie Maine, by rozmawiać o przyszłości amerykańskiej prawicy. Jak informuje Politico, spotkanie miało być punktem wyjścia dla ewentualnej niezależnej kampanii prezydenckiej, skupionej na wycofaniu USA z zagranicznych konfliktów. Wszyscy uczestnicy popierali Trumpa przed wyborami w 2024 roku. Z czasem jednak zerwali z nim przede wszystkim z powodu współpracy administracji z Izraelem podczas wojny z Iranem. Dodatkowym źródłem konfliktu stał się spór o ujawnienie dokumentów dotyczących śledztwa w sprawie Jeffreya Epsteina. Greene napisała po spotkaniu, że popierała Trumpa, bo obiecywał koniec zagranicznych wojen, ale „zdradził nas wszystkich”, dodając: „ruch się zaczął”. Kent przyznał, że uczestnicy doszli do wniosku, iż obecny system polityczny „po prostu nie działa”. Carlson natomiast w swoim programie nazwał sekretarza obrony Pete’a Hegsetha „obłąkaną, żądną krwi małpą” za prowadzenie wojny z Iranem.

Po lewej stronie sceny politycznej również narastają napięcia, choć mają zupełnie inne podłoże ideowe. W czerwcowych prawyborach Demokratów kilku kandydatów związanych z Democratic Socialists of America (DSA) odniosło zwycięstwo, a wcześniej głośnym przykładem był Zohran Mamdani, kandydat Partii Demokratycznej popierany przez DSA, wybrany na burmistrza Nowego Jorku. Zgodnie z sondażem Gallupa dwie trzecie Demokratów pozytywnie ocenia dziś pojęcie socjalizmu, podczas gdy wśród wyborców Republikanów 74% deklaruje poparcie dla kapitalizmu – co pokazuje, jak bardzo elektoraty obu partii oddalają się od centrum. Wzrost znaczenia demokratycznych socjalistów wywołał ostrą reakcję Trumpa i republikańskiego kierownictwa: prezydent w ciągu dwóch tygodni po czerwcowych prawyborach użył słowa „komunizm” aż 81 razy, nazywając przeciwników politycznych „bezbożnymi komunistami”, a spiker Izby Reprezentantów Mike Johnson ostrzegał, że komunizm „jest już u naszych brzegów”. Porównuje się tę retorykę do tzw. Red Scare z lat 50., gdy senator Joseph McCarthy prowadził bezpardonową kampanię przeciwko przeciwnikom politycznym, opierając się bardziej na oskarżeniach o powiązania z komunizmem niż na dowodach.

Warto przy tym rozróżnić dwa pojęcia często mylone w mediach. Szersze skrzydło progresywne Partii Demokratycznej – z politykami takimi jak Alexandria Ocasio-Cortez, Ilhan Omar czy Rashida Tlaib oraz współpracującym z Demokratami niezależnym senatorem Berniem Sandersem – działa przede wszystkim wewnątrz Partii Demokratycznej. Opowiada się za większą rolą państwa w ochronie socjalnej, powszechniejszym dostępem do opieki zdrowotnej, silniejszymi prawami pracowniczymi i ograniczaniem nierówności dochodowych. Pod wieloma względami program ten przypomina europejską socjaldemokrację. DSA (Democratic Socialists of America) to natomiast odrębna organizacja istniejąca od 1982 roku. Nie jest partią polityczną, lecz wspiera kandydatów – najczęściej startujących z list Demokratów – i deklaruje długofalowy cel budowy społeczeństwa opartego na zasadach demokratycznego socjalizmu.

Oba te zjawiska – spotkanie konserwatywnych buntowników w Maine i rosnące wpływy DSA w demokratycznych prawyborach – pokazują coś więcej niż lokalne spory: obie główne siły polityczne USA mierzą się dziś z buntem części własnego elektoratu.

Historyczny wzorzec to Tea Party

Najlepszym punktem odniesienia dla obecnych wydarzeń pozostaje ruch Tea Party, który narodził się w 2009 roku jako reakcja na kryzys finansowy, ratowanie banków i rosnący dług federalny. Nigdy nie był formalną partią – to luźna sieć lokalnych organizacji i aktywistów, którzy postanowili zmieniać Partię Republikańską od środka, zamiast budować konkurencyjne ugrupowanie. Już w wyborach do Kongresu w 2010 roku kandydaci wspierani przez Tea Party zdobyli dziesiątki mandatów, a Republikanie odzyskali większość w Izbie Reprezentantów. Z czasem ruch zyskał własne wpływowe frakcje w Kongresie, a wielu komentatorów i badaczy uważa, że jego elektorat przejął następnie Donald Trump, budując na tym fundamencie ruch MAGA.

Dlaczego nowe partie prawie nigdy nie wygrywają?

Historia pokazuje jednak, że znacznie łatwiej zmienić jedną z dwóch wielkich partii niż stworzyć dla niej skuteczną alternatywę.

Amerykański system wyborczy sprzyja dwóm największym ugrupowaniom. Kandydaci nowych partii muszą osobno spełniać wymagania rejestracyjne w każdym stanie, zebrać setki tysięcy podpisów i prowadzić kosztowne kampanie. Dodatkowo w niemal wszystkich stanach obowiązuje zasada „zwycięzca bierze wszystko", co sprawia, że nawet zdobycie kilkunastu procent głosów w skali kraju nie przekłada się na głosy elektorskie.

Najlepszym przykładem pozostaje Ross Perot. W wyborach prezydenckich w 1992 roku zdobył niemal 19 procent głosów – jeden z najlepszych wyników w historii współczesnych kandydatów spoza dwóch głównych partii. Mimo blisko 20 milionów głosów nie otrzymał ani jednego głosu elektorskiego. Późniejsza Reform Party również nie zdołała przełamać dominacji Republikanów i Demokratów.

Podobny los spotkał Partię Zielonych oraz Partię Libertariańską. Obie od lat uczestniczą w wyborach i wpływają na debatę publiczną, jednak żadna nie stała się realną alternatywą dla dwóch największych ugrupowań.

Politolodzy tłumaczą to nie tyle brakiem poparcia dla nowych ruchów, ile konstrukcją amerykańskiego systemu wyborczego. Zgodnie z tzw. prawem Duvergera system większościowy naturalnie sprzyja dominacji dwóch partii, ponieważ wielu wyborców obawia się oddawać głos na kandydatów, którzy mają niewielkie szanse na zwycięstwo

Początek większych zmian?

Historia podpowiada, że łatwiej zmienić jedną z dwóch wielkich partii od środka niż zbudować dla niej trwałą alternatywę – tak jak zrobiła to Tea Party, wchłonięta ostatecznie przez MAGA. Dziś podobne pytanie dotyczy obu obozów naraz: czy grupa Carlsona zdecyduje się na próbę przejęcia wpływów wewnątrz Partii Republikańskiej, czy na dużo trudniejsze zbudowanie trzeciej siły politycznej, ryzykując rozbicie konserwatywnego elektoratu? I czy rosnące poparcie dla DSA pozostanie jedną z frakcji Demokratów, czy trwale przesunie kierunek całej partii, wywołując przy tym – jak pokazuje reakcja Trumpa i republikańskiego kierownictwa – gwałtowny kontratak w postaci nowej odsłony antykomunistycznej retoryki?

Na jednoznaczną odpowiedź jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Pewne jest jednak, że po raz pierwszy od lat obie największe partie w USA mierzą się jednocześnie z otwartym buntem części własnych zwolenników – a historia amerykańskiej polityki pokazuje, że największe zmiany często zaczynają się nie od zwycięstw wyborczych, lecz od buntów wewnątrz własnych partii.

na podst. Politico; The Conversation; Bloomberg Opinion; Daily Republic; Wikipedii, opr. rj

----- Reklama -----

POLONEZ 950 X 300

----- Reklama -----

POLONEZ 950 X 300

----- Reklama -----

Dorota Zielinski

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor