Dług publiczny Stanów Zjednoczonych rośnie dziś średnio o ponad 8,6 miliarda dolarów dziennie. To około 358 milionów dolarów na godzinę, niemal 6 milionów na minutę i blisko 100 tysięcy dolarów w każdej sekundzie. W czasie potrzebnym na przeczytanie tego artykułu zadłużenie USA zwiększy się o kilka milionów dolarów. Mimo to w Waszyngtonie trudno znaleźć polityków gotowych poważnie zająć się problemem.
Jeszcze na początku XXI wieku cały amerykański dług wynosił 5,7 biliona dolarów. Dziś zbliża się do 40 bilionów, czyli w ciągu zaledwie ćwierćwiecza wzrósł niemal siedmiokrotnie. Przez pierwsze około 225 lat historii Stanów Zjednoczonych zadłużenie urosło do 5,7 biliona dolarów. W kolejnych zaledwie 25 latach zwiększyło się o ponad 34 biliony. Według danych Joint Economic Committee w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy dług federalny zwiększył się o około 3,16 biliona dolarów. Tak szybkie tempo wzrostu zadłużenia jeszcze niedawno było charakterystyczne dla okresów największych kryzysów. Dziś utrzymuje się mimo braku recesji czy pandemii.
Rząd federalny planuje w roku fiskalnym 2026 wydać około 7,4 biliona dolarów, podczas gdy dochody mają wynieść jedynie 5,6 biliona. Oznacza to, że zabraknie blisko 2 bilionów dolarów.
Taką różnicę między wydatkami a dochodami ekonomiści nazywają deficytem budżetowym. Ponieważ państwo musi pożyczyć brakujące pieniądze, każdy kolejny deficyt powiększa dług publiczny, czyli łączną sumę wszystkich niespłaconych zobowiązań rządu federalnego. Innymi słowy: deficyt jest rocznym „minusem” w budżecie, a dług jest efektem kumulowania się takich deficytów przez kolejne lata.
Kongres woli uniknąć „shutdownu” niż ograniczać wydatki
Ostatnim ważnym działaniem Izby Reprezentantów przed wakacyjną przerwą było przyjęcie założeń pakietu wydatków o wartości blisko 95 miliardów dolarów, obejmującego przede wszystkim finansowanie działań wojennych wobec Iranu, pomoc dla rolników oraz środki na zabezpieczenie wyborów. Projekt nie przewiduje jednak żadnych nowych źródeł finansowania ani cięć równoważących wydatki. Oznacza to, że cała kwota powiększy i tak rekordowy deficyt.
Najważniejszym zadaniem Kongresu przed końcem roku fiskalnego nie było ograniczenie zadłużenia, lecz zapewnienie finansowania rządu po 30 września i uniknięcie kolejnego paraliżu administracji federalnej. W roku wyborczym żadna z partii nie chce brać odpowiedzialności za tzw. shutdown.
Politycy przestali bać się deficytu
Jessica Riedl z Brookings Institution uważa, że politycy przestali przejmować się deficytem, ponieważ przestali przejmować się nim wyborcy.
Amerykanie nie doświadczyli dotąd klasycznego kryzysu zadłużeniowego. Wielu z nich nie dostrzega też związku między rosnącym długiem a wyższymi stopami procentowymi czy kosztami kredytów. W dodatku głęboka polaryzacja sprawia, że obie partie deklarują chęć ograniczania deficytu, ale wyłącznie kosztem politycznych przeciwników.
Republikanie opowiadają się przede wszystkim za obniżkami podatków i utrzymaniem wysokich wydatków, licząc na przyspieszenie wzrostu gospodarczego. Demokraci z kolei coraz częściej proponują kosztowne programy społeczne, takie jak rozszerzenie publicznej opieki zdrowotnej. W efekcie żadna z głównych partii nie uczyniła ograniczania deficytu swoim priorytetem.
Kiedyś potrafili się porozumieć
Jeszcze w 2001 roku Bill Clinton przekazywał swojemu następcy George'owi W. Bushowi budżet z nadwyżką. Był to efekt porozumienia zawartego kilka lat wcześniej między demokratycznym prezydentem a republikańskim przewodniczącym Izby Reprezentantów Newtem Gingrichem. Dzięki temu Stany Zjednoczone zanotowały cztery kolejne lata nadwyżek budżetowych – po raz pierwszy od 1969 roku.
Dziś podobny kompromis wydaje się niemal niemożliwy. Jak zauważa Maya MacGuineas, przewodnicząca Committee for a Responsible Federal Budget, jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu obie partie, mimo ostrych sporów, potrafiły wspólnie usiąść do stołu, gdy deficyt stawał się zbyt duży. Obecnie politycy ostrzegający przed zadłużeniem należą do wyjątków, a wielu z nich przegrywa prawybory z kandydatami reprezentującymi bardziej populistyczne skrzydła swoich partii.
Problemem nie jest sam dług, lecz tempo jego wzrostu
Ekonomiści podkreślają, że sam wysoki poziom długu nie musi automatycznie prowadzić do kryzysu. Japonia od wielu lat utrzymuje zadłużenie przekraczające 200 proc. PKB i nadal bez problemów finansuje swoje potrzeby pożyczkowe.
W przypadku Stanów Zjednoczonych największym problemem jest jednak to, że zadłużenie nadal rośnie szybciej niż gospodarka, a coraz większą część budżetu pochłaniają odsetki od wcześniej zaciągniętych zobowiązań.
Według Kongresowego Biura Budżetowego (CBO) deficyt w bieżącym roku fiskalnym wyniesie około 1,9 biliona dolarów, a w ciągu następnej dekady wzrośnie do ponad 3 bilionów rocznie. W tym samym czasie relacja długu do PKB ma wzrosnąć z około 101 do 120 procent, przekraczając rekord ustanowiony po zakończeniu II wojny światowej.
Coraz droższy staje się sam dług
Jeszcze kilka lat temu koszty obsługi długu były znacznie niższe. Sytuacja zmieniła się wraz z gwałtownym wzrostem stóp procentowych po okresie wysokiej inflacji.
Dziś roczne odsetki od federalnego zadłużenia przekroczyły już 1 bilion dolarów, czyli więcej, niż Stany Zjednoczone wydają na obronność. Jeszcze kilka lat temu były ponad dwukrotnie niższe. Według prognoz CBO w kolejnych latach koszt ten będzie nadal szybko rósł i stanie się jedną z największych pozycji w całym budżecie federalnym.
To właśnie dlatego ekonomiści coraz częściej ostrzegają, że problemem nie jest jedynie wielkość długu, lecz również coraz wyższa cena jego utrzymywania.
Dlaczego nie dochodzi do kryzysu?
Odpowiedź jest prosta. Dolar pozostaje najważniejszą walutą rezerwową świata, a amerykańskie obligacje nadal należą do najbezpieczniejszych aktywów na globalnych rynkach finansowych. Dzięki temu rząd federalny może pożyczać pieniądze znacznie łatwiej i taniej niż większość innych państw.
Ekonomiści podkreślają jednak, że nie oznacza to nieograniczonych możliwości zadłużania się. Eugene Steuerle z Urban Institute wskazuje, że wydatki na emerytury i opiekę zdrowotną rosną szybciej niż dochody państwa, dług zwiększa się szybciej niż gospodarka, a amerykańska polityka znacznie łatwiej akceptuje obniżki podatków niż ich podwyższanie.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy również ostrzegał w tym roku, że okno czasowe na przeprowadzenie uporządkowanych reform fiskalnych stopniowo się zamyka.
Czy ktoś ma pomysł?
Próby ponadpartyjnego rozwiązania problemu zdarzają się coraz rzadziej. Jednym z nielicznych przykładów była wspólna propozycja republikańskiego senatora Berniego Moreno i demokratycznej senator Elizabeth Warren dotycząca zniesienia limitu dochodów objętych składką na Social Security. Pomysł nie wywołał jednak większej dyskusji.
Maya MacGuineas uważa jednak, że właśnie takich inicjatyw potrzeba dziś najbardziej. Jej zdaniem Ameryka nie potrzebuje kolejnych politycznych oskarżeń, lecz konkretnych propozycji, które będzie można uczciwie porównać i poddać publicznej debacie.
Na razie nic nie wskazuje jednak na to, by ograniczenie długu miało stać się jednym z głównych tematów amerykańskiej polityki. Tymczasem licznik zadłużenia nie zwalnia ani na chwilę. Każdej sekundy dopisuje do rachunku kolejne sto tysięcy dolarów.