Jeszcze dekadę temu przekleństwo w ustach amerykańskiego polityka było skandalem trafiającym na pierwsze strony gazet. Dziś jest niemal codziennością – i, jak się okazuje, świadomą strategią budowania wizerunku. Mocne słowa mają pokazać autentyczność, złość i dystans wobec politycznego establishmentu. Badania pokazują, że często rzeczywiście działają.
Przesłuchanie z przekleństwami
Podczas lipcowego przesłuchania w Senacie senator Bernie Moreno (Republikanin z Ohio) zwrócił się do dr Anthony'ego Fauciego, jednego z głównych architektów amerykańskiej strategii walki z COVID-19., słowami: „Who the f**k do you think you were?”, czyli: „Za kogo ty się, ku*wa, uważałeś?” – nawiązując do obowiązku noszenia masek w czasie pandemii.
Kilka dni wcześniej prezydent Donald Trump zapowiedział, że amerykańskie siły „will beat the f**ing shit out of” irańskich oddziałów, czyli – mówiąc potocznie – „skopią im, ku*wa, tyłki”, po ich ataku na amerykańską bazę w Jordanii.
To jednak tylko najnowsze przykłady znacznie szerszego zjawiska. W styczniu burmistrz Minneapolis Jacob Frey, komentując śmierć kierowcy zastrzelonego przez federalnego agenta, nakazał funkcjonariuszom ICE, by „get the f**k out”, czyli żeby „wypie***li” z miasta. Wiceprezydent J.D. Vance nazwał prowadzącego podcast „dipsh*t”, czyli po prostu „palantem”, a sekretarz obrony Pete Hegseth stwierdził, że Pentagon skończył z „that sh*t”, czyli z „tym gó**em”, mając na myśli programy dotyczące różnorodności. Z podobnego języka korzystają również demokraci. Lider senackiej mniejszości Chuck Schumer powiedział publicznie „No f**ing way”**, czyli „Ku**a, nie ma mowy”, a była wiceprezydent Kamala Harris wielokrotnie używała przekleństw podczas spotkań z wyborcami.
Jeszcze kilkanaście lat temu podobne słowa mogły zakończyć polityczną karierę.
Dziś są często elementem świadomie budowanego wizerunku. Zdaniem badaczy z Northeastern University i Cardiff University wpływ na to mają jednocześnie rekordowo niskie zaufanie do elit, media społecznościowe premiujące emocje oraz zmieniające się normy językowe.
Wulgaryzm przestał być wpadką – coraz częściej jest narzędziem komunikacji.
Liczby nie kłamią
Według danych Uniwersytetu w Cardiff prezydenci, wiceprezydenci i kandydaci na te stanowiska publicznie użyli przekleństw co najmniej 692 razy od 1919 roku. Aż 605 takich przypadków odnotowano jednak dopiero w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Oznacza to, że blisko 87 procent wszystkich publicznych wulgaryzmów padło właśnie w ostatniej dekadzie.
Donald Trump i Joe Biden odpowiadają za 78 procent wszystkich odnotowanych przypadków. Biden najczęściej używał łagodniejszych słów, takich jak „damn”, podczas gdy Trump sięgał po znacznie mocniejsze określenia – „f**k”**, „sh*t”, „bastards” czy „sh*thole”.
Skąd ta moda?
Naukowcy nie mają wątpliwości, że nie jest to przypadek. Politolog Nick Beauchamp z Northeastern University uważa, że źródłem tego zjawiska jest narastające od lat rozczarowanie politycznym establishmentem. Mocny język pozwala politykom pokazać, że odrzucają dotychczasowe reguły gry i przemawiają jak „zwykli ludzie", a nie jak starannie przygotowani urzędnicy.
Podobnych wniosków dostarcza badanie opublikowane w „Journal of Language and Social Psychology". Wynika z niego, że wyborcy odbierają przeklinających polityków jako bardziej autentycznych i mniej formalnych. Samo użycie wulgaryzmu nie zmienia poglądów wyborców ani nie przekonuje ich do programu politycznego, ale pomaga przejść niepisany „test autentyczności". Najbardziej korzystają na tym mężczyźni. Kobiety oraz przedstawiciele mniejszości etnicznych, stosujący podobną strategię, częściej spotykają się z krytyką z powodu odmiennych oczekiwań dotyczących sposobu publicznego wypowiadania się.
Algorytmy kochają wulgaryzmy
Na zmianę wpływa także sposób prowadzenia współczesnych kampanii politycznych. Jeszcze dwie dekady temu większość Amerykanów oglądała polityków głównie podczas telewizyjnych wystąpień, starannie przygotowanych przez sztaby i doradców. Dziś krótkie nagranie opublikowane bezpośrednio na TikToku czy platformie X może dotrzeć do milionów odbiorców bez udziału tradycyjnych mediów.
Media społecznościowe premiują emocje. Algorytmy nagradzają treści wywołujące silne reakcje – niezależnie od tego, czy są to pochwały, czy oburzenie. Zwolennicy udostępniają nagranie, bo podoba im się bezpośredni język. Przeciwnicy robią dokładnie to samo, krytykując autora. W obu przypadkach zasięgi rosną.
Sondaż Deseret News i Hinckley Institute of Politics pokazuje jednak, że akceptacja dla takiego stylu nie jest powszechna. Jedynie 27 procent Amerykanów uważa przeklinanie przez polityków za całkowicie lub częściowo dopuszczalne. Widać przy tym wyraźną różnicę pokoleniową – wśród najmłodszych wyborców akceptacja sięga 43 procent, natomiast w grupie osób po 65. roku życia pozostaje zdecydowanie niższa.
Od Watergate do TikToka
Robert Thompson z Syracuse University zauważa, że przez większą część XX wieku Ameryka funkcjonowała w dwóch językach. Jednym rozmawiano prywatnie, drugim przemawiano publicznie. Od polityków oczekiwano, że nawet jeśli za zamkniętymi drzwiami używają mocnych słów, przed kamerami zachowają pełną powagę.
Lyndon Johnson słynął z wyjątkowo ordynarnego języka, ale używał go niemal wyłącznie prywatnie. Richard Nixon również przeklinał często, o czym Amerykanie dowiedzieli się dopiero po ujawnieniu taśm z afery Watergate. W opublikowanych stenogramach wielokrotnie pojawiał się zapis „[expletive deleted]” – „[przekleństwo usunięte]”. Sam Nixon przyznał później z ironią, że inni prezydenci także przeklinali, ale mieli więcej rozsądku i nie pozwolili się nagrać.
Jeszcze w 2010 roku ogromną sensacją stały się słowa Joe Bidena, który podczas podpisywania reformy ochrony zdrowia szepnął do Baracka Obamy: „a big f**ing deal”, czyli „to ku**a wielka sprawa”. Dziś podobny cytat prawdopodobnie nie trafiłby nawet na pierwsze strony gazet.
Czy to się kiedyś znudzi?
Robert Thompson porównuje współczesnych polityków do komików, którzy już dawno odkryli, że przekleństwa z czasem tracą swoją siłę szokowania. To, co kiedyś gwarantowało uwagę mediów, dziś staje się codziennością.
Paradoks polega na tym, że im częściej politycy sięgają po wulgaryzmy, tym szybciej przestają one robić wrażenie. Jeszcze niedawno jedno „f**k” potrafiło zdominować wiadomości dnia. Dziś coraz częściej przechodzi niemal bez echa. Jeśli ten trend się utrzyma, samo przeklinanie przestanie wystarczać do przyciągnięcia uwagi wyborców. Wtedy politycy będą musieli znaleźć inny sposób na pokazanie swojej autentyczności – bo przekleństwo przestanie kogokolwiek zaskakiwać.
Na podst. Axios, Northeastern University, Cardiff University, Journal of Language and Social Psychology, Deseret News oraz Associated Press, opr. RJ