Świat zwiedzają z pokładu jachtu
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Koronawirus zatrzymał ich u wybrzeży Hiszpanii.

Edyta Kos-Jakubczak i Adam Jakubczak to małżeństwo żeglarzy i podróżników, którzy razem z nastoletnią córką Kaliną przemierzają wody całego świata. Co roku odwiedzają przynajmniej 3 kontynenty, 10 krajów i 50 wysp. Ich pasja przerodziła się w pracę, ponieważ zawodowo zajmują się organizowaniem rejsów i szkoleń. Jak sami o sobie mówią - „Zarabiamy ucząc żeglarstwa i bezpiecznych podróży”. Ich tegoroczny, zimowy rejs miał się zakończyć 15 marca, ale epidemia koronawirusa pokrzyżowała plany – nie tylko im. Załoga utknęła w hiszpańskiej Andaluzji w mieście La Linea na granicy Hiszpanii i Giblartaru. O aktualnej sytuacji w tej części świata żeglarze z Polski opowiedzieli czytelnikom Tygodnika Monitor:

Restrykcje w Hiszpanii są już łagodzone. Od tygodnia ilość zachorować i śmierci wywołanych przez koronawirusa spada. Hiszpania to 17 bardzo różnych części – w związku z tym wskaźniki w poszczególnych nich są zróżnicowane, a co za tym idzie inny jest także sposób wprowadzania i redukowania restrykcji. Widoczny jest rządowy plan wychodzenia z zamrożenia handlu i poruszania się. Teraz od 26 kwietnia można już wychodzić z dziećmi na spacery. Wcześniej wolno było jeździć tylko do pracy, do domu, do apteki i na zakupy do najbliższego sklepu. Kary za złamanie zakazu są bardzo dotkliwe, bo wynoszą od kilkuset do wielu tysięcy euro” – powiedział kapitan Adam Jakubczak

Hiszpania była jednym z tych europejskich krajów, w których współczynnik zachorowań na koronawirusa był największy na starym kontynencie. Mimo wszystko w minioną sobotę tamtejszy rząd zdecydował się na drastyczne poluzowanie restrykcji. Hiszpanie mogą już opuszczać swoje domy w celach rekreacyjnych, ale tylko na kilka godzin - pomiędzy 6-8 rano lub 20-22 wieczorem. Ludzie po tygodniach spędzonych we własnych czterech ścianach tłumnie zaczęli szturmować parki i bulwary. Musiała interweniować policja. Restrykcje wciąż obowiązują, a wielu ludzi w dalszym ciągu poddanych jest przymusowej kwarantannie. Aktualna sytuacja epidemiologiczna znacznie utrudnia polskiej załodze powrót do domu, ponieważ koronawirus sparaliżował zarówno ruch lądowy, jak i lotniczy oraz morski.

„Gdybyśmy musieli to możemy dopłynąć bezpośrednio do Polski nawet naszym jachtem, jednak wymagałoby to dużo szczęścia i wiązałoby się z ogromnym, szczególnie o tej porze roku ryzykiem. Kilka tygodni temu polski żaglowiec Pogoria mijał nas właśnie na takiej trasie - teraz już jest w Gdyni. Podróżowanie jachtem pozwala na swobodne żeglowanie po wodach międzynarodowych, których z zasady nie ma jak zamknąć. Odległość Polski od naszej obecnej lokalizacji jest tylko trochę większa, niż odległość od Nowego Yorku, a przecież tam polscy żeglarze pływają regularnie. Warto zauważyć, że pływając po otwartym oceanie nie wpływa się do żadnego portu. Z drugiej strony powrót do Polski lądem jest w zasadzie niemożliwy, ponieważ granice Hiszpanii, Włoch, Francji, Słowenii, Niemiec i Polski są zamknięte. Próba takiego prywatnego powrotu byłaby także związana z ogromnymi problemami i wielotygodniowym pobytem na kwarantannie w każdym z krajów” – dodała załoga.

Rodzina nie spędza wolnego czasu bezczynnie. Angażuje się w pomoc osobom odizolowanym od społeczeństwa, także tym objętym kwarantanną, oczywiście zachowując przy tym wymagane środki ostrożności. Jak zapewnia Adam Jakubczak: „Najwięcej możemy i pomagamy żeglarzom. Niestety ograniczają nas państwowe zakazy. Mimo że mamy pewne pozwolenia na podróżowanie, to są one ograniczone tylko do wyznaczonych przestrzeni. Oczywiście pomagając innym kilkukrotnie złamaliśmy wspomniane zakazy, ale zawsze potrafiliśmy to logicznie wytłumaczyć policji. Częściowo pomaga nam to, że po latach jesteśmy tu już rozpoznawalni. Musieliśmy latami pracować na naszą opinię, dzięki której teraz możemy pomagać innym. Na miejscu współpracujemy też z polskim księdzem, który prowadzi tu od lat parafię. To wieloletni misjonarz z Ameryki Południowej, dla niego i dla nas pomaganie innym jest czymś normalnym, dlatego właśnie najczęściej z nim współpracujemy i pomagamy miejscowej ludności.

Dodatkowo dzięki temu, że od kilku miesięcy informujemy o naszej obecności na granicy Gibraltaru zgłaszają się do nas żeglarze i podróżnicy w rozmaitych sprawach. Prawie każda z nich to osobna, interesująca historia warta opowiedzenia. Przyznam szczerze, że teraz pomaganie innym sprawia nam szczególną przyjemność. Odciąga nas od rutyny i pozwala dalej uczyć innych zaradności i odpowiedzialności”.

Zdobycie uznania i rozpoznawalności na arenie międzynarodowej to lata ciężkiej pracy, ale nie tylko tej na morzach i oceanach. Relacje z wypraw i rejsów rodzina żeglarzy opisuje i udostępnia w mediach, docierając przede wszystkim do rodaków ze wszystkich zakątków świata.

„Od lat relacjonujemy nasze wyprawy w mediach ogólnopolskich i wśród Polonii. Dzięki temu co roku zyskujemy coraz większy zasięg naszych materiałów. Coraz skuteczniej rozwijajmy wśród naszych czytelników i słuchaczy żeglarstwo i tematykę podróży rodzinnych. Po tych kilku latach pracy z mediami prowadzimy już własne audycje w Polskim Radiu - „Rodzina pod żaglami” i „Kalinka Kapitanka”. Ta ostatnia jest tworzona i prowadzona przez naszą 13-letnią córeczkę, która towarzyszy nam w wyprawach. Jesteśmy też reporterami miesięczników „Żagle” i „Podróże”. Serdecznie zapraszamy na pokład naszych jachtów. Żegluje i uczy się z nami tego sportu wielu rodaków z USA. Miło będzie Was gościć na naszych jachtach”.

Szczegółowe informacje o rodzinie polskich żeglarzy i dalszym losie ich rejsu można znaleźć na stronie internetowej www.baltic-anchor.pl i w mediach społecznościowych. 

FK