„Swing states” rozdają karty
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

„Swing states” – czyli niezdecydowani. To poszczególne stany USA, które przy okazji wyborów prezydenckich okazują się być "języczkiem u wagi". Żadna z partii politycznych nie ma w nich zdecydowanej przewagi, a ewentualna lokalna wygrana może przełożyć się na krajowy sukces. Powiedzenie „każdy głos się liczy” pasuje w tym przypadku jak ulał.

Większość stanów jest w swoich poglądach stała. Na przestrzeni 16 lat – od roku 2000 do 2016, aż 38 amerykańskich stanów głosowało na tę samą formację polityczną. Pozostałe kilkanaście jak widać nie, i to one często mają decydujący głos. Politycy poświęcają im najwięcej czasu, wydając na kampanię w tych miejscach kilkadziesiąt razy więcej pieniędzy niż w pozostałych. To konsekwencja dużego podziału politycznego wyborców mieszkających w stanach, w których nie ma dominującej siły politycznej.

Tzw. „swing states” zaczęły się pojawiać po wojnie secesyjnej.

„W 1860 roku to kwestia niewolnictwa spowodowała powstanie tzw. stanów niezdecydowanych, takich jak m.in. Ohio. Jest zauważalna kontynuacja – można by powiedzieć, że żaden republikanin nie wygrałby wyborów prezydenckich, jeśli nie wygraliby w Ohio” - mówi dziennikarz David Schultz. Te słowa są oparte na faktach, bo od 1964 r. mieszkańcy Ohio jako jedyni zawsze wybierali przyszłego prezydenta. Samo określenie – „swing states” jest stosunkowo nowe i zaczęło się pojawiać w przestrzeni publicznej w latach 30. w trakcie kampanii wyborczej prowadzonej przez Franklina D. Roosevelta.

Decydowały o wyborach

Już kilkadziesiąt lat temu zauważono, że stany niezdecydowane rozdają karty. Przekonał się o tym Thomas Dewey, który przegrał z Harrym Trumanem w 1948 roku. Różnica mniej niż 1% została osiągnięta w określanych wówczas jako „swing states” - Ohio, Kalifornii, Indianie, Illinois i Nowym Jorku. Dziś określenie to pasuje wyłącznie do Ohio. Należy też pamiętać o roku 2000, w którym prezydencki fotel wywalczył George W. Bush. Dwie dekady temu za stan niezdecydowany uchodziła Floryda. To właśnie tam kandydat Republikanów zdobył 537 głosów więcej (przewaga poniżej 0,01%). To teoretycznie niewielkie zwycięstwo zaprowadziło Busha do Białego Domu. Zupełnym przeciwieństwem „swing states” są wspomniane „pewniaki”. To stany, w których poszczególne formacje są pewne swego. Dla Demokratów to m.in. Kalifornia, z kolei Republikanie twardy elektorat mają chociażby w Teksasie.

„Gra o najwyższą stawkę wiąże się z wygrywaniem w „swing states”. Bywa tak, że kandydaci wydają trzy czwarte budżetu na kampanię w tych niezdecydowanych rejonach, praktycznie pomijając stany będące potocznie zwanymi pewniakami. Stany niezdecydowane to prawdziwa kampania wyborcza” – mówi John Hudak z Brooklings Institution.

To, czym kierują się mieszkańcy „swing states” często opisują publicyści. Powody można podzielić na kilka grup, ale chodzi przede wszystkim o pochodzenie i kwestie ideologiczne. Przyjęło się, że mieszkańcy prowincji popierają Republikanów, natomiast ci z dużych miast głosują na Demokratów – w dobie dużych migracji ta teoria nie we wszystkich przypadkach znajduje uzasadnienie. Podobnie jest z tzw. przywiązaniem politycznym – jeżeli ktoś go nie ma, to decyduje chwila - bieżące wydarzania, czasami postawa konkretnego polityka w trakcie telewizyjnej debaty. Lekkomyślna i nieprzemyślana może spowodować wiele nieprzespanych nocy.

W 2016 roku Donald Trump wygrał w 6 z 10 ówczesnych „swing states”. W nadchodzących, listopadowych wyborach za stany niezdecydowane uchodzą głównie: Floryda, Michigan, Ohio, Pensylwania i Wisconsin. To ich mieszkańcy prawdopodobnie wybiorą 46. prezydenta Stanów Zjednoczonych.

FK