W tym roku konwencje inaczej
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Wielki spektakl polityczny w tym roku w nieco skromniejszym wydaniu. Przynajmniej w przypadku demokratów, bo republikanie jeszcze nie podjęli ostatecznych decyzji. Wiadomo, że Biden przyjmie nominację na mocno okrojonej konwencji w Milwaukee w stanie Wisconsin, natomiast Trump w Jacksonville na Florydzie, jednej z dwóch konwencji GOP w tym roku.

Zobaczmy więc, jak przygotowują się do tych wydarzeń obydwie partie.

Demokraci

Democratic National Committee(DNC), czyli Krajowy Komitet Partii Demokratycznej zadecydował, że konwencja zaplanowana tego lata w Milwaukee odbędzie się, choć w znacznie ograniczonej formie. O ile Joe Biden przyjmie tam oficjalnie i uroczyście nominację, to delegaci prawdopodobnie zostaną w domach w związku z pandemią koronawirusa.

Konwencja, która odbędzie się w dniach 17-20 sierpnia, została przeniesiona z Fiserv Forum, siedziby drużyny koszykarskiej Milwaukee Bucks, do znacznie mniejszego Wisconsin Center, które jest centrum konferencyjnym miasta, podało DNC w komunikacie prasowym.

W oświadczeniu napisano, iż Joe Biden „przyjmie nominację swojej partii w Milwaukee”. DNC nie podało jednak informacji na temat liczby osób, jakie będą mogły w sierpniu przebywać w centrum konferencyjnym Wisconsin Center. Poinformowano jedynie, iż delegaci zostaną poproszeni o pozostanie w domach i zdalne uczestniczenie w konwencji.

„Wiceprezydent Biden zamierza z dumą zaakceptować nominację swojej partii w Milwaukee i postawić kolejny krok, który uczyni Donalda Trumpa prezydentem jednej kadencji” - oświadczyła Jen O'Malley Dillon, szefowa kampanii wyborczej Bidena.

„Miasto Milwaukee jest wspaniałym partnerem i postaramy się przedstawić Wisconsin jako kluczowy stan na politycznym polu bitwy podczas naszej konwencji w sierpniu” – dodała O’Malley.

W informacji prasowej podano, że konwencja będzie obejmować „transmisje na żywo z Milwaukee i innych miast, lokalizacji i punktów w całym kraju”.

Wisconsin to od dawna stan wskazujący trend w wyborach prezydenckich, który w 2016 r. zagłosował na Donalda Trumpa. Jego demokratyczna przeciwniczka nie poświęciła mieszkańcom tego stanu zbyt wiele czasu, przekonana o nadchodzącym zwycięstwie. Choć różnica głosów nie była wielka, wystarczyła, by Wisconsin po raz pierwszy od 30 lat nie wybrało demokratycznego kandydata do Białego Domu.

Obydwie partie wprowadzają zmiany

Pandemia koronawirusa doprowadziła do sytuacji, w której zarówno DNC jak i GOP starają się ograniczać wydarzenia przyciągające co cztery lata tysiące ludzi z całego kraju. To nie tylko politycy i delegaci. To wielka impreza w mieście wybranym na gospodarza, to ekstra dochód dla biznesów, rozrywka dla mieszkańców i gości.

Dlatego decyzja o ograniczeniu demokratycznej konwencji u naszego północnego sąsiada wywołała smutek w Illinois. Od wielu miesięcy setki pokojów hotelowych w Rosemont i śródmieściu Chicago zarezerwowanych było przez planujących przyjazd do Wisconsin polityków i ich świtę. W związku ze zmianami rezerwacje są odwoływane, a tym samym znika spodziewany zysk.

Republikanie

Republican National Committee (RNC), czyli Krajowy Komitet Partii Republikańskiej w ostatniej chwili wezwał do zmiany miejsca swojej konwencji po sporze na linii – gubernator Karoliny Północnej, Roy Cooper – prezydent Donald Trump – władze RNC. Chodziło o to, czy Charlotte, miasto pierwotnie wybrane na tegoroczną konwencję republikańską, będzie mogło przyjąć wszystkich delegatów i gości w związku z obowiązującymi w stanie wytycznymi dotyczącymi dystansowania społecznego na zasadach oczekiwanych przez Biały Dom. Okazało się, że nie, stan i miasto nie uczynią wyjątku dla polityków i strony nie doszły do porozumienia.

Kiedy stało się jasne, że RNC nie będzie w stanie zorganizować pełnej konwencji w Karolinie Północnej, Donald Trump wezwał do zmiany miejsca, a komitet szukał innego miasta gospodarza, które poradziłoby sobie z planowanymi w pełnym wymiarze uroczystościami.

Padło na Florydę i Jacksonville, ale – co ciekawe - nie zrezygnowano z Charlotte.

Dlatego konwencja odbędzie się teraz w dniach 24–27 sierpnia zarówno w Charlotte, jak i Jacksonville na Florydzie.

RNC podkreśla, że znaczna część politycznych wydarzeń odbędzie się w Karolinie Północnej, ale część bardziej uroczystych, w tym przyjęcie przez prezydenta Trumpa nominacji partyjnej, odbędzie się na Florydzie - najprawdopodobniej w VyStar Veterans Memorial Arena.

Konwencja ta wzbudza sporo kontrowersji. Z jednej strony mieszkańcy Jacksonville cieszą się zainteresowaniem kraju i możliwością goszczenia polityków i prezydenta, z drugiej obawiają o zdrowie.

Według sondażu przeprowadzonego przez University of North Florida większość wyborców w Jacksonville – 58 procent - nie chce, aby w ich mieście odbyła się konwencja. 71 procent stwierdziło, że niepokoi ich rozprzestrzenianie się koronawirusa, a 65 procent wyraziło obawy o „niepokoje społeczne”, jeśli konwencja odbędzie się w mieście.

Nieco inaczej wygląda to jednak po rozbiciu liczb sondażowych na poszczególne partie. Wówczas dowiadujemy się, że tylko około 19 procent republikanów sprzeciwia się organizacji tego wydarzenia w Jacksonville, a reszta to około 90 procent demokratów i 62% wyborców niezależnych.

„Krajowe konwencje partii są wydarzeniami polaryzującymi i, co nie jest zaskakujące, poziom wsparcia dla Jacksonville organizującego RNC różni się znacznie w zależności od sympatii politycznych” - powiedział Michael Binder, dyrektor Public Opinion Research Lab.

Po czym dodał, że bardziej niepokojący jest sprzeciw wobec konwencji w kontekście globalnej pandemii i faktu, iż Floryda doświadcza właśnie gwałtownego wzrostu liczby zachorowań.

Były gubernator Florydy, obecnie senator reprezentujący ten stan w Waszyngtonie, republikanin Rick Scott, stwierdził kilka dni temu podczas wywiadu telewizyjnego, iż uczestnicy konwencji powinni nosić maski na twarzach i starać się przestrzegać zasad dystansu społecznego.

„Ludzie muszą nosić maski. Potrzebujemy dystansu społecznego. Musimy to zrobić w taki sposób, aby nikt nie zachorował” - powiedział Scott.

Jego wypowiedź ma związek z zapowiedzią, iż przemówienie akceptacyjne prezydenta ma odbyć się w pełnej hali widowiskowej, w której nie będzie żadnych ograniczeń dla uczestników.

Senator Scott, zresztą zwolennik zorganizowania konwencji w jego stanie, zdaje sobie sprawę, że wprowadzenie wymogu noszenia masek podczas konwencji jest mało prawdopodobne, w końcu głównym powodem przeniesienia jej z Charlotte był właśnie narzucony przez miasto ten wymóg.

Konwencja kiedyś i dziś

Ktoś może zapytać: tyle zamieszania, czy to w ogóle potrzebne?

Polityczne konwencje przedwyborcze w USA choć bardziej przypominają dziś starannie wyreżyserowany spektakl, są okazją do wielkiej promocji na krótko przed wyborami.

"Przemówienie wygłoszone podczas przyjmowania nominacji to tak naprawdę jedyna okazja do bezpośredniego kontaktu z wyborcami, może z wyjątkiem reklam telewizyjnych kandydata" - uważa Robert Shrum, konsultant polityczny.

W opinii wielu specjalistów podczas konwencji kandydat ma najlepszą okazję do szczegółowego opisania swych planów i celów, do których wyborcy mogę odnosić się później podczas kampanii.

Obydwie konwencje - republikańska i demokratyczna - to upiększone obrady partii, podczas których delegaci zajmują się zarówno symbolicznymi, jak i ważnymi sprawami, choćby programem, obowiązującymi zasadami, a także oficjalnym wręczeniem nominacji.

Konwencje kiedyś i dziś

Jak wyglądają dziś, wiemy. Warto wiedzieć, że dopiero w ostatnich nieco ponad 40 latach nazwiska kandydatów do nominacji były znane wcześniej.

“Przed 1970 rokiem prawybory w poszczególnych stanach nie miały wielkiego znaczenia” - mówi Julian Zelizer zajmujący się historią polityki na uniwersytecie Princeton.

Konwencje zaczynały się z udziałem kilku potencjalnych kandydatów, którzy starali się pozyskać sympatię liderów partyjnych, licznych koalicji i stanowych delegacji. Czasami konieczne było przeprowadzenie wielu głosowań w celu wyłonienia w końcu oficjalnego kandydata, co z kolei często związane było z negocjacjami dotyczącymi osoby mającej zająć fotel wiceprezydenta. Najdłuższa konwencja w historii USA odbyła się w 1924 roku. Zjazd demokratów w Nowym Jorku trwał aż 16 dni i potrzebne były aż 103 głosowania, by jako kandydata wyłonić Johna W. Davisa, który później i tak przegrał z ubiegającym się o reelekcję prezydentem Calvinem Coolidgem.

Ostatnia "otwarta", czy też "sporna" konwencja wśród republikanów miała miejsce w 1976 r. Starającemu się o reelekcję Geraldowi Fordowi wyzwanie rzucił Ronald Reagan. Próba ta nie powiodła się. Cztery lata później bez problemu uzyskał on nominację i wygrał następnie wybory.

W 1980 r. podobny przebieg miała konwencja demokratów. Ted Kennedy starał się o nominację próbując przejąć delegatów przypisanych do Jimmy`ego Cartera.

Od czasu, gdy prawie 40 lat temu prawybory w poszczególnych stanach nabrały znaczenia i zmienił się sposób wyłaniania nominatów, wszyscy kandydaci obydwu opcji politycznych biorący udział w konwencjach i posiadający największą liczbę delegatów zawsze otrzymywali błogosławieństwo swej partii.

Delegaci

Po stronie demokratów jest ich prawie 4,000. Republikanie mają 2,500 delegatów. I choć wielu nie pojawi się w tym roku na konwencjach, to ich rola jest bardzo ważna, w związku z czym osobiście lub na odległość swe głosy oddadzą. Ich głównym zadaniem jest bowiem oddanie głosu na kandydatów na stanowiska prezydenta i wiceprezydenta, a także w innych sprawach poruszanych podczas zjazdu.

Demokraci mają delegatów, którzy nie są zobowiązani do głosowania na osobę wyłonioną w prawyborach. To tzw. superdelegaci, stworzeni przed wyborami w 1984 r. Był to sposób establishmentu partyjnego na zachowanie części kontroli nad procesem nominacji i wstrzymanie wyboru potencjalnie toksycznego polityka, nawet jeśli posiadał on poparcie wyborców.

Superdelegatów jest siedmiuset i są to członkowie Kongresu, gubernatorzy, czy byli prezydenci. Do tej pory nie sprzeciwili się oni woli wyborców i w większości wspierali zwycięzcę wcześniejszych prawyborów, choć próby przejęcia ich głosów miały miejsce.

Wśród republikanów superdelegatów nie ma, przynajmniej oficjalnie. Wszyscy zobowiązani są do głosowania zgodnie z wolą mieszkańców reprezentowanych przez nich stanów. Nie posiadają więc potencjalnie takich możliwości jak ich demokratyczni koledzy. Ich udział w konwencji to zaszczyt i symboliczny akt oddania głosu. Wiadomo jednak, że przejęcie ich głosów jest również możliwe.

Współczesne konwencje w mniejszym stopniu dotyczą partii, w większym wybieranych kandydatów. Te kilka letnich dni może być dla nich ostatnią szansą, by przeciągnąć na swą stronę miliony niezdecydowanych Amerykanów, którzy w listopadzie pójdą oddać głos na kolejnego prezydenta. Konwencje, choć powoli tracą na znaczeniu, mają wciąż wielki wpływ na proces polityczny.

Każda jest dla partii okazja do radości, świętowania razem z kandydatem. W tym roku demokraci z tego zrezygnowali w związku z pandemią. Republikanie na razie planują regularne uroczystości z udziałem tysięcy osób. Obydwie partie liczą, że ich podejście okaże się bardziej skuteczne i przekona niezdecydowanych. 

Zobaczymy, kto miał rację.

Na podst. politico, foxnews, theatlantic, nbc, nyp
opr. Rafał Jurak