Tego dnia nie zakończyła się wojna. Nie podpisano pokoju z Wielką Brytanią. Nie powstało jeszcze w pełni niepodległe państwo. A jednak właśnie ten dzień Amerykanie uznają za narodziny swojego kraju.
Dlaczego? Bo 4 lipca narodziła się nowa idea.
Po raz pierwszy grupa kolonii ogłosiła światu, że państwo nie istnieje po to, by służyć królowi. To władza ma służyć obywatelom, a ludzie rodzą się z prawami, których żaden rząd nie może im odebrać.
Dlatego co roku miliony Amerykanów wywieszają flagi, uczestniczą w paradach i oglądają fajerwerki. Świętują nie zwycięską bitwę, lecz dzień, w którym ich kraj zdecydował, kim chce być.
Wszystko zaczęło się od podatków
Po kosztownej wojnie z Francją o kontrolę nad Ameryką Północną londyński skarb świecił pustkami. Korona przerzuciła część kosztów na mieszkańców trzynastu kolonii, choć nie mieli oni swoich przedstawicieli w brytyjskim parlamencie.
Coraz częściej padało więc proste pytanie: jak rząd może nakładać na nas podatki, skoro nie mamy wpływu na jego decyzje? Tak narodziło się hasło „No taxation without representation" – „Żadnych podatków bez reprezentacji".
Gdy w 1773 roku Brytyjczycy przyznali Kompanii Wschodnioindyjskiej monopol na sprzedaż herbaty w koloniach, mieszkańcy Bostonu wtargnęli przebrani na zacumowane statki i wrzucili do portu 342 skrzynie herbaty. Herbatka Bostońska stała się symbolem buntu przeciwko władzy, która – zdaniem kolonistów – łamała ich prawa.
Londyn odpowiedział surowymi represjami, które jeszcze bardziej zaostrzyły konflikt. W kwietniu 1775 roku brytyjskie oddziały ruszyły, by przejąć magazyny broni kolonistów w Lexington i Concord w stanie Massachusetts. Doszło tam do pierwszych starć zbrojnych wojny o niepodległość — to właśnie wtedy padły słynne „strzały słyszane na całym świecie", określenie, które później stało się symbolem początku amerykańskiej rewolucji.
Kiedy więc rok później delegaci spotkali się w Filadelfii, wojna trwała już od kilkunastu miesięcy. Deklaracja Niepodległości nie rozpoczęła walki. Nadała jej cel.
A może jednak... 2 lipca?
Mało kto wie, że święto narodowe mogło przypadać dwa dni wcześniej.
2 lipca 1776 roku delegaci Kongresu Kontynentalnego przegłosowali rezolucję ogłaszającą zerwanie więzi z Wielką Brytanią. John Adams był przekonany, że właśnie ta data przejdzie do historii, i pisał żonie o przyszłych paradach oraz fajerwerkach. Pomylił się o dwa dni.
Po głosowaniu trzeba było jeszcze dopracować tekst dokumentu przygotowanego głównie przez Thomasa Jeffersona. Przez dwa dni dopracowywano jego treść. Dopiero 4 lipca przyjęto końcową wersję Deklaracji Niepodległości i właśnie ta data znalazła się na dokumencie. To ona przeszła do historii.
Co więcej, słynny obraz przedstawiający wszystkich sygnatariuszy składających podpisy jednego dnia nie jest zgodny z rzeczywistością — większość z nich podpisała dokument dopiero kilka lub kilkanaście tygodni później.
Kilka stron, które zmieniły świat
Deklaracja Niepodległości liczy zaledwie kilka stron. Ale zawiera zdania, które do dziś należą do najbardziej znanych w historii.
Thomas Jefferson napisał, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi i posiadają niezbywalne prawa, wśród których są życie, wolność i dążenie do szczęścia. Zadaniem rządu jest tych praw strzec, a jeśli przestaje to robić, obywatele mają prawo go zmienić.
Dziś takie słowa wydają się oczywiste. W XVIII wieku były prawdziwą rewolucją. Większość państw Europy pozostawała monarchiami, a władzę monarchy uważano za coś naturalnego, często wręcz nadanego przez Boga. Tymczasem w Filadelfii ogłoszono, że źródłem władzy nie jest król, lecz naród — ta idea sprawiła, że amerykańska rewolucja stała się inspiracją dla innych.
Deklaracja nie wygrała wojny
Przed młodym państwem było jeszcze siedem lat niezwykle ciężkiej wojny z jedną z największych potęg świata. Brytyjczycy dysponowali zawodową armią i potężną flotą, a koloniści zmagali się z brakiem pieniędzy, żywności i wyposażenia.
Dopiero zwycięstwo pod Yorktown w 1781 roku oraz podpisanie traktatu pokojowego dwa lata później sprawiły, że Wielka Brytania oficjalnie uznała niepodległość Stanów Zjednoczonych. Ameryka najpierw ogłosiła światu, kim chce być. Dopiero później wywalczyła prawo do istnienia.
Kraj zbudowany na idei
Historia Stanów Zjednoczonych jest wyjątkowa jeszcze z jednego powodu. Większość narodów powstawała wokół wspólnego języka czy pochodzenia. Amerykę od początku tworzyli ludzie przybywający z różnych krajów, których łączyła przede wszystkim wiara w wolność, rządy prawa i zgodę obywateli.
Oczywiście rzeczywistość daleka była od ideału. Niewolnictwo trwało jeszcze niemal sto lat, kobiety nie miały praw wyborczych, a wiele grup pozostawało wykluczonych. Paradoks polegał jednak na tym, że właśnie Deklaracja i później Konstytucja stawały się argumentem dla kolejnych pokoleń domagających się równych praw. Historia Stanów Zjednoczonych to w dużej mierze historia stopniowego urzeczywistniania ideałów zapisanych latem 1776 roku.
Więcej niż święto
Dziś trudno wyobrazić sobie 4 lipca bez parad, pikników, koncertów i fajerwerków, które z okazji 250-lecia USA będą większe, huczniejsze i głośniejsze. Ale pod tą radosną atmosferą kryje się coś znacznie głębszego — przypomnienie, że państwo może być zbudowane nie tylko na wspólnym pochodzeniu czy granicach, lecz także na wspólnych wartościach: wolności, odpowiedzialności obywateli i przekonaniu, że władza czerpie swoją siłę od narodu.
Czytając dziś Deklarację Niepodległości, łatwo zapomnieć, że zapisane w niej idee z czasem stały się magnesem dla milionów ludzi z całego świata — także dla kolejnych pokoleń Polaków, którzy właśnie w Stanach Zjednoczonych szukali wolności, bezpieczeństwa, pracy i szansy na lepsze życie. Dla wielu naszych czytelników nie jest to więc wyłącznie historia z podręcznika, lecz część własnej rodzinnej opowieści. Przez 250 lat kolejne fale imigrantów przyjeżdżały tu z bardzo podobnymi marzeniami: żyć w wolności, uczciwie pracować i zapewnić swoim dzieciom lepszą przyszłość. To również część historii Stanów Zjednoczonych, o której należy pamiętać.
