Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Niezależnie od tego, jak w najbliższych godzinach, tygodniach czy miesiącach rozegrają się wydarzenia w Wenezueli, Stany Zjednoczone będą w dużym stopniu odpowiedzialne za wynik. USA już dawno wyraziły sprzeciw wobec wenezuelskiego prezydenta, Nicolasa Maduro, jednocześnie równie mocno poparły starania opozycjonisty, Juana Guaido i przekonały kilkadziesiąt innych krajów do tego samego. Jest naprawdę mało prawdopodobne, by Guaido wszczął próbę zamachu stanu bez wiedzy Stanów Zjednoczonych i ich ścisłego zaangażowania. Dlatego w przypadku przywrócenia demokracji w Wenezueli, Amerykanie będą mogli z dumą o tym opowiadać, ale w przypadku porażki i późniejszych prześladowań opozycji, zmuszone będą wziąć na siebie odpowiedzialność.

Juan Guaido, lider wenezuelskiej opozycji, który od 23 stycznia uważa się za tymczasowego prezydenta, zdobył poparcie 50 krajów świata, w tym USA. Będąc przewodniczącym tamtejszej legislatury i interpretując jeden z zapisów Konstytucji, polityk ten uznał siebie prezydentem, odmawiając Maduro zwycięstwa w sfałszowanych wyborach i domagając się rozpisania nowych. Kulminacyjnym dniem walki o władzę był wtorek, 30 kwietnia, gdy wezwani przez Guaido mieszkańcy Caracas wyszli na ulice, by upomnieć się o godne życie. 1 maja ponowił odezwę do wojska i społeczeństwa, o przeciwstawienie się władzy. W środę i czwartek jasne było, że pucz się nie udał i Maduro najprawdopodobniej utrzyma się przy władzy, choć opozycja zapowiadała walkę do końca.

Zajęci własnymi problemami często zapominamy, że w Wenezueli toczy się prawdziwa walka o przetrwanie. Głodujący naród jest u kresu wytrzymałości. Od wielu miesięcy brakuje tam podstawowych artykułów żywnościowych i lekarstw, a jeśli pojawią się, to za horrendalne sumy, niedostępne przeciętnemu Wenezuelczykowi.

Według planistów w Pentagonie nie powinniśmy nazywać tego, co widzimy w przekazach medialnych, zamachem stanu. Według nich Guaido jest już prezydentem, Maduro uzurpatorem i chodzi tylko o dostosowanie do tych faktów rzeczywistości. Choć zaplanowany scenariusz wydarzeń jest podręcznikowym zamachem stanu, to w amerykańskich mediach określenie to nie jest zbyt często używane.

Problem w tym, że do wtorku rano Maduro kontrolował rząd i większość wojska, miał poparcie Rosji, Kuby, Boliwii, Chin i kilku krajów Bliskiego Wschodu. Choć USA słowami Johna Boltona, doradcy prezydenta, nie wykluczają interwencji wojskowej w tym kraju, to przecież na miejscu znajduje się już grupa rosyjskich żołnierzy z oddziałów specjalnych. USA pozostają więc tylko groźby, głównie dotyczące sankcji wobec pomagających rządowi w Wenezueli.

Nie wiadomo, jak potoczą się dalsze sprawy, przynajmniej w momencie powstawania tego tekstu. Na razie nie wygląda na to, by próba zmiany rządu się powiodła. Na razie nikt głośno tego nie mówi, ale zaczyna się szeptać, że była to kolejna, wyjątkowo nieudana akcja amerykańska w tamtej części świata.

Kolejna, gdyż podobne scenariusze USA już próbowały realizować. Kuba, Nikaragua, Salwador, teraz Caracas. Rząd jakiegoś kraju w Ameryce Łacińskiej nagle pogrąża się w chaosie, Stany Zjednoczone aktywnie angażują się w wydarzenia i dążą do określonego wyniku. Manipulując stronami konfliktu, dając do zrozumienia po czyjej stronie się opowiadają, grożąc jednym, wspierając drugich, pracując otwarcie i poza kulisami dążą do określonego wyniku.

Wtrącanie się w sprawy innych krajów jest czymś, co duże i silne państwa robią i USA nie są tu żadnym wyjątkiem. Tak było wcześniej, choćby podczas zimnej wojny, gdy Stany Zjednoczone oraz Związek Radziecki zamieniły świat w wielką szachownicę i dzieliły się strefami wpływów, rozgrywały wojny i bitwy, podsycały lub gasiły ambicje, zależnie od potrzeb. Wcześniej na wielką skalę czyniła to Wielka Brytania, dziś zaczynają Chiny.

Ponieważ okres zimnej wojny zakończył się nagłym i nieoczekiwanym zwycięstwem zachodu, nigdy nie zbadano, czy wszystkie te zagrania okazały się konieczne, skuteczne, a przede wszystkim konieczne dla osiągnięcia celu. Choćby dwie wojny we Wschodniej Azji w połowie XX wieku, czy zamach stanu w Chile w 1973 r. i osadzenie w ośrodku władzy Augusto Pinocheta. Amerykańscy historycy zastanawiają się również nad skutkami wspierania “szwadronów śmierci” w Nikaragui i Salwadorze w latach 80., by ograniczyć strefy komunistycznych wpływów w tej części świata. Do dziś wiele osób zadaje sobie pytanie, czy Sowieci utrzymaliby dłużej swój ustrój i światowe wpływy, gdyby nie te gierki agencji wywiadowczych i militarnych państw zachodu?

W porównaniu do niektórych wydarzeń sprzed lat, ostatnie próby obalenia Maduro wydają się łagodne. Wraz z poprzednikiem, Hugo Chavezem, zamienili Wenezuelę - posiadającą największe na świecie złoża ropy naftowej - w ekonomiczną pustynię nękaną hiperinflacją i niedoborami żywności. Dlaczego nie powinniśmy w związku z tym pomóc w transformacji jakiegoś rządu w lepszy?

Opinie są różne

Jedni uważają, że to nasz obowiązek. Inni, że nie należy wtrącać się w procesy zachodzące w innym kraju, bo trzeba wtedy przygotować się na konsekwencje. Tak, jak ma to miejsce teraz.

We wtorek rano doradcom Białego Domu wydawało się, że do wieczora zmieni się władza w Wenezueli. Nic takiego nie wydarzyło się do czwartku włącznie. Maduro wciąż był u władzy, a planiści z Waszyngtonu zaczęli za nieudany zamach stanu winić Rosjan, Kubę, Boliwię, a także trzech wysoko postawionych urzędników i wojskowych, którzy w tajnych rozmowach obiecali poprzeć rebelię, ale tego nie uczynili.

Decyzja Wenezuelczyków, by masowo nie występować przeciw urzędującemu prezydentowi – choćby ze strachu przed jego ewentualną zemstą w razie niepowodzenia akcji – nakazuje zastanowić się, nie po raz pierwszy zresztą, czy Stany Zjednoczone nie posiadały błędnych danych wywiadowczych na temat możliwości popieranej przez Biały Dom opozycji.

Próba zamachu stanu w Wenezueli pokazuje też dość chaotyczne działania administracji w Waszyngtonie. Przez 3 miesiące bowiem prowadzono przygotowania do tej akcji w mediach społecznościowych.

John Bolton systematycznie pojawiał się w różnych mediach i poruszał temat konieczności zmian w tym kraju. Sekretarz Stanu, Mike Pompeo, zaangażował nawet do pomocy Elliotta Abramsa, który nieco wcześniej, ze względu na krytykę prezydenta Trumpa, został odsunięty od wielu spraw. Jeśli ktoś nie pamięta, to Abrams jest znany ze swoich neokonserwatywnych poglądów i doświadczeń pod rządami prezydenta Ronalda Reagana, gdzie był zaangażowany w tajny plan dostarczania broni partyzantom z Contras walczącym z Sandinistami w Nikaragui. Jako doradca w administracji George'a W. Busha był zwolennikiem wojny w Iraku. Jego rola w sprawach Wenezueli do końca nie jest znana, ale biorąc pod uwagę życiorys Abramsa, nietrudno się domyśleć, za co mógł być odpowiedzialny.

Z wypowiedzi i Tweetów polityków amerykańskich wiemy też, że od dawna trwały ciche negocjacje z kilkoma wysoko postawionymi urzędnikami i wojskowymi w rządzie Maduro. Gdy pozostali oni wierni prezydentowi, zostali publicznie wskazani przez USA.

Prezydent Trump, który swym poprzednikom wielokrotnie zarzucał zbytni interwencjonizm w innych częściach świata, nie wypowiadał się na ten temat publicznie, ale zagroził sankcjami Kubie gotowej wspomóc militarnie rząd w Caracas. Jednocześnie różni politycy amerykańscy, w tym wiceprezydent Pence, wyrażali poparcie dla Operacion Libertad.

Dziś entuzjazm słabnie, zaczynają pojawiać się inne tematy, opozycja w Wenezueli ze strachu przed zemstą Maduro zaczyna poszukiwać dróg ucieczki z kraju. W czwartek USA kategorycznie odrzuciły sugestie międzynarodowe, iż zaangażowane były w przygotowania do przewrotu, ale jednocześnie Departament Stanu wyraził opinię, że zmiana władz w tym kraju może zająć wiele miesięcy.

Sekretarz Pomeo za nieudany zamach stanu obwinił Rosjan, którzy według niego we wtorek odradzili Maduro ucieczkę na Kubę. Wygląda to tak, jakby lepiej ocenili sytuację i nastroje wewnątrz tego kraju. Bolton z kolei wskazał na trzech wysoko postawionych Wenezuelczyków, którzy złamali obietnice i nie przyłączyli się do akcji opozycji. Byli to: Vladimir Padrino López, minister obrony; Maikel Moreno, przewodniczący Sądu Najwyższego; oraz Rafael Hernández Dala, szef prezydenckiej ochrony. Według Boltona obiecane mieli zniesienie blokad prywatnych kont i innych sankcji osobistych w momencie opowiedzenia się po stronie Guaido.

Należy zaznaczyć, że okresie ostatnich kilku dni prezydent Trump zachowywał się bardzo powściągliwie w sprawie Wenezueli. To raczej jego doradcy i mianowani urzędnicy pozostawali zaangażowani w konflikt w Caracas.

Mówi się jednak, że choć prezydent w większości milczał w tej sprawie, to była to próba sił z prezydentem Rosji, Putinem.

Doktryna Monroe`a

Jej autorem był sekretarz stanu John Quincy Adams, a przedstawił ją w 1823 r. prezydent James Monroe. Głosiła, iż kontynent amerykański nie może podlegać dalszej kolonizacji, ani ekspansji politycznej ze strony Europy, w zamian zaś zapowiadała, że Stany Zjednoczone nie będą ingerowały w sprawy państw europejskich i ich kolonii. Doktryna ta stała się fundamentem amerykańskiej polityki izolacjonizmu.

Nie została nigdy w pełni wprowadzona ze względu na rozkład sił na świecie. Jednakże prezydent Wilson doprowadził do amerykańskiej dominacji w regionie Karaibów, wypierając z tego obszaru wpływy brytyjskie. Natomiast w okresie zimnej wojny działania Związku Radzieckiego w rejonie Kuby uznano za złamanie tych zasad, co Sowieci usprawiedliwiali działaniami USA pod samą granicą bloku komunistycznego.

Według rządu USA taki kraj jak Wenezuela również leży w teoretycznej strefie wpływów USA i chodzi o niedopuszczenie do zakorzenienia się tam jakiegokolwiek przeciwnika politycznego lub militarnego. W tym przypadku mowa oczywiście o prorosyjskich sympatiach Maduro. Należy jednak mieć świadomość, że domagając się od Rosji uwzględnienia tej zasady, USA musiałyby zrezygnować z wysiłków rozszerzania Nato na do niedawna zależne od tego kraju strefy wpływów.

Wenezuela prawdopodobnie poradziłaby sobie sama doskonale już dawno, gdyby obydwa mocarstwa – Rosja i USA – nieustannie nie próbowały odcisnąć w tym kraju swego piętna. To prawda, ale nie można przecież liczyć na rezygnację Rosji z wpływów w tak strategicznie położonym regionie – w końcu z Miami do Caracas jest niecałe 1,300 mil. Dlatego USA nie mogą zbyt łatwo rezygnować z prób wpływu na sytuację polityczną w tym kraju. Może jednak następnym razem powinny się lepiej przygotować.

Na podst.: csmonitor, theweek, nytimes, politico, Wikipedia
opr. Rafał Jurak

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Komentarze (0)

Bądź pierwszy, który podzieli się swoimi wrażeniami.

Skomentuj

  1. Zapraszamy do wygodnego komentowania naszych treści, bez logowania czy własnego konta.
Załączniki (0 / 3)
Share Your Location