Dr Grzegorz Gil o sytuacji politycznej w USA
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych odbyły się na początku listopada, ale ostateczny werdykt będzie znany dopiero po głosowaniu Kolegium Elektorskiego, które w tym roku odbędzie się 14 grudnia. Największe amerykańskie stacje telewizyjne i ośrodki badawcze poinformowały, że kandydat partii demokratycznej, Joe Biden, zdobędzie 306 głosów elektorów, a urzędujący prezydent Donald Trump może liczyć na poparcie 232. Jest więc niemal pewne, że to demokrata w przyszłym roku zamieszka w Białym Domu. Donald Trump nie zgadza się z prognozowanymi przez media wynikami wyborów. Kilka dni temu wbrew wcześniejszym zapowiedziom przyznał się do porażki, ale stwierdził, że wybory były sfałszowane. Co więc czeka Amerykę w ciągu najbliższych dni i tygodni, jakie zmiany szykują się na scenie politycznej? Zapraszamy na rozmowę z dr Grzegorzem Gilem, politologiem z Katedry Bezpieczeństwa Międzynarodowego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

W jakim stanie zostawia Amerykę i amerykańską gospodarkę ustępujący prezydent Donald Trump? Za co należy pochwalić republikanina?

Stabilny wzrost PKB na poziomie 2.5% rok do roku Donald Trump niejako odziedziczył po Baracku Obamie. Dobrą statystykę w tym zakresie wywróciła do góry nogami dopiero pandemia koronawirusa, osłabiając pozycję Trumpa w wyścigu o reelekcję. W haśle wyborczym „Make America Great Again” kryła się intencja ochrony amerykańskich miejsc pracy oraz przemysłu. Stąd wprowadzanie ceł w imporcie m.in. z Chin i Europy, oraz chęć poprawy bilansu handlowego. Prezydent Trump może także „pochwalić się” najniższą od półwiecza stopą bezrobocia w USA. To jednak również kontynuacja trendu, który trwa co najmniej od pierwszej kadencji Obamy. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na obniżki podatków dla biznesu. Nawiązują one do planu Reagonomiki z lat 80. Z drugiej strony protekcjonizm i izolacjonizm Trumpa był jednak daleki od modelu prezydentury Ronalda Reagana. W polityce zagranicznej Trump zaproponował zaś coś, co można porównać do skorzystania z przycisku delete. Dotyczyło to między innymi procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie (Izrael, Iran), ochrony klimatycznej, porozumień handlowych, udziału w organizacjach międzynarodowych – wycofanie się USA z UNESCO, WHO. Wyraźnemu denializmowi administracji Trumpa w kwestii zmian klimatu wtórowało m.in. wycofanie się z projektu Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) oraz renegocjowanie porozumienia NAFTA. Nowym elementem była za to próba oswojenia Korei Północnej, która zakończyła się fiaskiem. Kadencję Trumpa skojarzymy na pewno z wojną handlową z Chinami, którą obie strony próbują obecnie deeskalować. Obiektywne okoliczności, w tym zwłaszcza rosyjskie działania destabilizacyjne na Ukrainie oraz terroryzm państwowy, nie pozwoliły Trumpowi na wyrządzenie trwałych szkód w stosunkach transatlantyckich. W części z tych punktów demokraci zaproponują zwrot, ale nie będzie to takie łatwe, jak mogłoby się wydawać.

Dlaczego Donald Trump przegrał? Wybierzmy 3 najbardziej istotne elementy.

Po pierwsze to efekt pandemii, która osłabiła notowania prezydenta. Szeregu jego wypowiedzi na ten temat nie da się wybronić w żaden sposób. Choć prezydent sugerował swego czasu nawet wstrzykiwanie wybielacza, nie zdołał w ten sposób wybielić swojego wizerunku. Pandemia odebrała mu więc atut dobrych statystyk makroekonomicznych i podzieliła społeczeństwo. Po drugie, demokraci przyjęli wyraźnie centrowy przekaz, rezygnując z haseł, które mogłyby okazać się nie do przyjęcia dla wyborców niezdecydowanych, np. powszechna opieka zdrowotna. To około 1/3 Amerykanów. Ten „skok” w centrum mógł okazać się kluczowy, aby zbudować lekką przewagę w swing states. Po trzecie, chęć detrumpizacji Ameryki wywołana zużyciem formuły politycznej i wizerunkowej kojarzonej z Trumpem i zahamowania polaryzacji społecznej. Jeśli swoista „polityka złości” dała Trumpowi zwycięstwo w 2016 r., cztery lata później przesądziła o jego porażce. Pozbycie się Trumpa z Białego Domu nie było wyłącznie celem demokratów, ale także sporej części republikańskich polityków. Pozostaje oczywiście pytanie, ile warci są dziś republikanie bez trumpizmu?

Tradycją wyborów prezydenckich w USA jest przyznanie się do porażki jednego z kandydatów. O czym świadczy zachowanie Donalda Trumpa?

Już w noc wyborczą Donald Trump obrał swój polityczny azymut na Sąd Najwyższy, wyczuwając, że z biegiem czasu będzie tracić przewagę. Faktycznie, w sześciu kluczowych stanach republikanie zasypali sądy pozwami wyborczymi. Takie pozwy będą także rozpatrywane w Sądzie Najwyższym. Jednak obaj wiemy, że skargi wyborcze nie zmienią układu sił. Wątpliwe jest także, żeby republikanie zdecydowali się na wymianę składu elektorów na „swoich” (mają m.in. przewagę w parlamentach stanowych w Pensylwanii i Michigan), co w połączeniu ze zjawiskiem tzw. wiarołomnego głosowania dawałoby jeszcze cień szansy na wybór Donalda Trumpa przez Kolegium Elektorskie. To byłby jednak niebezpieczny precedens. Nie wszyscy republikanie są trumpistami i taki scenariusz jest czysto hipotetyczny. Wracając do samego przyznania się do porażki, konstytucja USA nie nakłada na ustępującego prezydenta takiego obowiązku. Ma on charakter zwyczajowy, a Donald Trump potrafi łamać różne konwenanse. Prezydent zapowiedział już ponoć nawet start w kolejnych wyborach, co de facto oznacza przyznanie się do porażki w związku z konstytucyjnym ograniczeniem czasu piastowania urzędu prezydenta do dwóch kadencji.

Czy to, co obserwujemy od ponad tygodnia jest kryzysem demokracji i amerykańskiego systemu wyborczego?

Wyrównany wyścig o fotel prezydencki jest czymś naturalnym, podobnie jak protesty na ulicach i skargi wyborcze. W ostatnich dwudziestu latach do Białego Domu zawitał dwukrotnie polityk, który nie zdołał uzyskać większości bezwzględnej w wyborach, a został nim wyłącznie dzięki tradycji. Tradycji rozumianej jako system głosów elektorskich. Od kilku dekad w USA trwa jednak dyskusja na temat zmiany tego systemu. To właśnie demokraci są dużo bardziej otwarci na wprowadzenie wyborów powszechnych – chciałoby tego około 80% z nich. Z kolei republikanie zdają sobie sprawę, że pozostają głównym beneficjentem tego systemu – jedynie co piąty optuje za wprowadzeniem wyborów powszechnych. Tak czy owak, nawet jeśli Kolegium Elektorskie wydaje się dziś anachroniczne, zmiana systemu wyborczego to nie jest raczej perspektywa najbliższych lat. Wydaje się, że prawdziwy kryzys konstytucyjny mógłby wybuchnąć wyłącznie w sytuacji machinacji republikanów przy wyborze elektorów z kluczowych stanów, o czym mówiłem wcześniej. Konstytucja przyznaje takie prawo właśnie legislaturom stanowym.

Czy protesty wyborcze sztabu Trumpa są zasadne? Jakimi metodami i do jakiego momentu mogą walczyć?

Przeniesienie walki wyborczej do sądów nie jest niczym wyjątkowym w historii USA. Oczywiście nowym elementem w tych wyborach jest skala głosownia korespondencyjnego, która zwiększa możliwości skutecznego zakwestionowania części głosów. Wciąż mówimy jednak o części absolutnie marginalnej, która niczego nie zmieni. Dość powiedzieć, że według dostępnych analiz skala oszustw wyborczych w 2016 roku wyniosła maksymalnie dziewięć przypadków na 10,000 głosów. W świetle ostatnich danych w skali USA mamy niespełna 6 mln głosów różnicy na rzecz Bidena.

Pochylmy się jeszcze nad partią demokratyczną. Czy „niebiescy” rzeczywiście wygrali wybory? Biały Dom zdobyty, ale jest utrata kilku mandatów w Izbie Reprezentantów, a Senat nadal kontrolują republikanie.

Wybory prezydenckie zasadniczo przegrali republikanie. Demokraci nie zrobili niczego, co zbliżyłoby ich do porażki, która była stosunkowo mniej prawdopodobna w kontekście epidemicznym i społeczno-ekonomicznych skutków koronawirusa. Trumpowi trudniej było obronić się, biorąc pod uwagę brak „efektu świeżości”. W kilku kluczowych stanach (m.in. Georgia, Arizona) Donald Trump przegrał 10-20 tysiącami głosów. Strata kilku miejsc w Izbie Reprezentantów to dzwonek alarmowy przed kolejnymi wyborami cząstkowymi Senatorów III klasy oraz całego składu Izby Reprezentantów w 2022 r. Teoretycznie z Białym Domem po swojej stronie te wybory mogą być dla demokratów łatwiejsze. Paradoksem pozostaje fakt, że republikanie są dziś w pewnym sensie zakładnikiem Donalda Trumpa i „trumpizmu”. Jego populizm opłacił się w kontekście odbudowy stanu posiadania w obu izbach Kongresu.

Jaka będzie Ameryka rządzona przez prezydenta elekta Joe Bidena? Niektórzy mówią, że będzie to trzecia kadencja Baracka Obamy.

W pewnym sensie tak będzie, lecz pamiętajmy, że USA w 2020 roku nie są takie same jak te sprzed dekady. A zatem także polityka musi dostosować się do nowych realiów ekonomicznych czy demograficznych. Mówi się nawet o tym, że demokraci zamieniają się miejscami z republikanami. Stają się bardziej elitarni, zależni od finansjery. Z kolei republikanie rozważają skręt w kierunku partii „ludowej”, której nie jest obojętny los klasy średniej i najuboższych Amerykanów. Trudno przesądzić, czy będzie tam miejsce na „trumpizm”, który znamy z poprzednich lat, czy może jego miejsce zajmie bardziej merytoryczna i konserwatywna myśl republikańska. Pamiętajmy jednak, że pandemia kreuje nierówności społeczne i „ludowy” przekaz może być po prostu opłacalny w kolejnych latach. Wyraźna poprawa notowań republikanów wśród kolorowej populacji USA, głównie Latynosów, sprawia, że demokratom może być trudno do nich dotrzeć. W świetle cenzusu z 2019 r. większość Amerykanów do 16 roku życia to ludność hispanojęzyczna oraz o innym niż biały kolorze skóry. Utrata tego elektoratu może być bardzo kosztowna dla obu stron.

Należy spodziewać się zmian w polityce zagranicznej Joe Bidena w stosunku do Polski? Pytam przede wszystkim w kontekście stacjonowania amerykańskich wojsk w Polsce.

Przyjazne stosunki polsko-amerykańskie stały się wizytówką polskiej polityki zagranicznej, która dążyła do wzmocnienia obecności wojskowej USA w Polsce. Zważywszy na cele takiego rozlokowania, którym jest odstraszanie potencjalnego adwersarza w postaci Rosji, nie spodziewałbym się „zwijania” tych dyslokacji oraz wycofywania się USA z podjętych decyzji. To przecież element zobowiązań sojuszniczych w ramach NATO, a demokraci dbają o swoich sojuszników. W dodatku doświadczenie pokazuje, że demokraci są tradycyjnie nieco bardziej asertywni w stosunku do Rosji. Choć Joe Biden był sekundantem „resetu” z Rosją w 2009 r., nie spodziewam się jego powtórzenia w najbliższym czasie. Z pewnością jednak Warszawa musi liczyć się z tym, że Biały Dom nie będzie jej oferować „więcej za mniej” a raczej „więcej za więcej” – głównie w kwestiach związanych z przestrzeganiem standardów praworządności.

Jeżeli gospodarczo bez zmian, co ze sprawami ideologicznymi i światopoglądowymi? Korekta polityki międzynarodowej wydaje się konieczna?

Przebudowanie polityki zagranicznej w kilku kluczowych kwestiach z pewnością nastąpi, ale takie mocarstwo, jakim są Stany Zjednoczone, nie zwykło robić tego z dnia na dzień. Z pewnością jednak należy spodziewać się szybkiego zbliżenia z Europą i restauracji stosunków transatlantyckich, a także próby włączenia się do porozumienia klimatycznego z Paryża. Ogólnie rzecz biorąc, administracja Joe Bidena podejmie próbę odbudowy liberalnego porządku międzynarodowego w rozumieniu politycznym oraz gospodarczym w drodze dyplomacji multilateralnej oraz liberalizacji handlu. To zmiana jakościowa, gdyż Donald Trump preferował stosunki bilateralne, w których USA były niemal zawsze w uprzywilejowanej pozycji, a także protekcjonizm w polityce handlowej.

Wróćmy za ocean i przenieśmy się w przyszłość. Jaka będzie dalsza kariera polityczna Donalda Trumpa? Mówi się, że zorganizuje ruch społeczny, ale wydaje się naturalne, że musi „zassać” wyborców GOP.

Przegrana kandydata republikanów nie oznacza, że jego bazowy elektorat (około 40%) rozproszy się i przestanie go popierać. Trump miał niekwestionowane poparcie tzw. partyjnych „dołów”, co pokazały między innymi prawybory. W kontekście rozważania powyborczych scenariuszy trzeba jednak pamiętać, że każda porażka zwiększa ryzyko narastania podziałów, tworzenia się frakcji. Generalnie jest ono wyższe w przypadku partii prawicowych. Mówi się, że były prezydent może chcieć namaścić któreś ze swoich najstarszych dzieci do startu o najwyższe urzędy w państwie, ustanawiając polityczną dynastię, jakich przecież w USA nie brakuje. Możliwe jest, że Donald Trump otworzy swój własny projekt medialny, co z pewnością pozwoliłoby na konsolidację obozu „trumpistów” wśród republikanów, a być może także powiększenie liczby zwolenników. Zwróćmy także uwagę na fakt, że o godzinie 12.00 20 stycznia Donald Trump przestanie pełnić urząd prezydenta, co oznacza utratę immunitetu. A to z kolei przyspieszy postępowania sądowe w sprawach obyczajowych lub dotyczących działalności biznesowej, co może uderzyć w jego reputację. Część z nich to sprawy kryminalne, m.in. w Nowym Jorku firmy Trumpa oskarżane są o oszustwa podatkowe, a prezydent o korzystanie z usług prostytutek jeszcze przed objęciem Białego Domu. Pamiętajmy, że Donald Trump będzie wówczas musiał zeznawać pod przysięgą, czego skutecznie unikał wcześniej zasłaniając się immunitetem. Słowa Donalda Trumpa z wieczoru wyborczego „idziemy do Sądu Najwyższego” mogą zatem okazać się prorocze w kontekście odwoływania się jego prawników od wyroków wydanych przez sądy niższego szczebla. Tak czy inaczej, nazwisko Trump z pewnością nie zniknie z amerykańskich mediów w najbliższych latach.

Rozmawiał Filip Karman