Słowo „nor'easter" pojawia się ostatnio w mediach niemal równie często jak doniesienia giełdowe, więc warto wyjaśnić, dlaczego – zwłaszcza mieszkańcom Środkowego Zachodu, dla których to pojęcie może brzmieć obco. Otóż dla milionów mieszkańców wschodniego wybrzeża USA, od Karoliny po Maine, to określenie oznacza coś znacznie bardziej namacalnego niż notowania giełdowe: zalane piwnice, wyrwane drzewa i dni bez prądu.
Czym właściwie jest nor'easter?
To potężny sztorm charakterystyczny dla wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej, nazwany tak od kierunku wiatrów wiejących z północnego wschodu, które uderzają w wybrzeże podczas jego przechodzenia. W przeciwieństwie do huraganów, które zwykle przemijają stosunkowo szybko, nor'eastery potrafią utrzymywać się nad regionem przez kilka dni, systematycznie podnosząc poziom wody i utrzymując silne wiatry. To zjawisko właściwie nieznane w głębi kontynentu – mieszkańcy Środkowego Zachodu znają raczej tornada czy śnieżyce, a nie tego typu długotrwałe sztormy przybrzeżne.
Obecny sztorm wzmacniał się około 200 mil na wschód od Cape Hatteras w Karolinie Północnej we wczesny piątek. Meteorolodzy przewidują, że będzie się powoli przemieszczał na północ i może zbliżyć się lub dotrzeć do wybrzeża New Jersey w niedzielę, uderzając po drodze w całe wschodnie wybrzeże, od obu Karolin aż po Maine.
Kto najbardziej to odczuje?
Najsilniejsze skutki spodziewane są na odcinku od New Jersey po Massachusetts. W Nowym Jorku i na Long Island prognozowane są znaczące podtopienia przybrzeżne, szczególnie podczas przypływów w piątkowy wieczór i sobotni poranek – wtedy woda może zalać nieruchomości i pojazdy wzdłuż południowych wybrzeży. W samym mieście spodziewane są opady deszczu do 3 cali oraz porywy wiatru o sile huraganowej, dochodzące do 40-50 mil na godzinę.
Na Long Island sytuacja może być jeszcze poważniejsza. Lokalne służby meteorologiczne ostrzegają przed możliwymi „poważnymi podtopieniami przybrzeżnymi" wzdłuż południowego wybrzeża wyspy, z opadami sięgającymi nawet 5 cali.
Massachusetts, w tym Boston i Cape Cod, może ucierpieć najbardziej ze względu na wyjątkowo silne porywy wiatru – od 45 do 65 mil na godzinę. To poważne zagrożenie, bo drzewa wciąż mają liście, co czyni je bardziej podatnymi na złamania i wyrwanie z korzeniami. Lokalni meteorolodzy określili to jako największe zagrożenie dla mieszkańców regionu.
Fale na otwartym oceanie mogą osiągać od 15 do 25 stóp wysokości, co w połączeniu z silnym wiatrem od strony lądu grozi znaczącą erozją plaż oraz podtopieniami sięgającymi 1-2 stóp w przybrzeżnych miejscowościach.
Dlaczego to tak ważny temat?
Skala zjawiska, czyli setki kilometrów wybrzeża, gęsto zaludnione metropolie jak Nowy Jork i Boston, oraz przewidywany czas trwania sztormu (od piątkowej nocy aż do poniedziałku, a w niektórych regionach dłużej), sprawiają, że to jedno z poważniejszych zdarzeń pogodowych tej jesieni w USA. Dla mieszkańców tamtych regionów oznacza to konkretne przygotowania, jak zabezpieczenie mienia, śledzenie godzin przypływów i unikanie podróży w najbardziej krytycznych momentach.