Przycisk końca świata
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Co to właściwie znaczy, gdy słyszymy, iż prezydent USA ma przycisk nuklearny na wyciągnięcie dłoni?

Dokładnie nie wiadomo, gdyż nigdy jeszcze nie zaszła potrzeba jego użycia. Wiemy jednak, że w obecnych czasach, gdy wszelkie decyzje muszą być podejmowane bardzo szybko, prezydentura zamieniła się w dużym stopniu w coś przypominającego “nuklearną monarchię”. Wykonując jeden telefon zwierzchnik sił zbrojnych ma praktycznie nielimitowane możliwości uruchomienia tego potencjału i wysłania go w jakimkolwiek kierunku.

Ktoś to kontroluje?

Może się wydawać, że tak wielka władza jest w jakiś sposób kontrolowana przez powołane do tego instytucje, grupy doradcze, nadrzędne komisje. Nic takiego nie ma, nie przewiduje tego obowiązujące prawo. Na ewentualną decyzję prezydenta nie ma wpływu Senat, nie ocenia jej Sąd Najwyższy. Chyba, że później.

Choć określenie “nuklearny przycisk” jest metaforą dla skomplikowanego systemu zarządzania głowicami jądrowymi, to jednak mózgiem tego systemu jest osoba prezydenta, który wprawdzie niczego nie przyciska, ale poprzez telefoniczne polecenie uruchamia kilkuminutowe, trudne do zatrzymania procedury. Choć są one zastrzeżone i w szczegółach znane nielicznym, to jednak wiemy na ten temat sporo.

Zaczyna się od otwarcia słynnej walizki,

w której znajdują się różne warianty wykorzystania broni nuklearnej. Znajduje się ona zawsze tam, gdzie prezydent. Jej wzór pochodzi z 1977 r. i nie zmienił się do dziś.

Zatrzymajmy się tu jednak na chwilę. Zanim przejdziemy do opisu samego procesu, jeszcze kilka słów o osobie odpowiedzialnej za skorzystanie z tej wiedzy i władzy. Z jednej strony bardzo ważna jest umiejętność szybkiego podejmowania decyzji, z drugiej niezbędne jest również opanowanie. Zwłaszcza w sytuacji, gdy właśnie otrzymaliśmy informację o potencjalnym zagrożeniu dla kraju.

Zachować zimną krew

Wyobraźmy sobie, że jest 3 nad ranem, prezydent rozbudzony jest z głębokiego snu informacją, że właśnie rozpoczął się atak nuklearny na Stany Zjednoczone. Czasu nie ma wiele, bo rakiety balistyczne wystrzelone z Rosji lub Chin dosięgną Białego Domu w czasie 30 minut. Zaledwie 12 minut, jeśli wystrzelone zostaną z wrogich łodzi podwodnych stale przebywających w zachodniej części Atlantyku. Wywiad amerykański już dawno stwierdził, że na przykład rosyjskie najczęściej patrolują rejon na zachód od Bermudów. W tym momencie przytomność umysłu, gotowość do działania i opanowanie prezydenta ma ogromne znaczenie. Czy zachowa spokój, czy wpadnie w panikę? Czy wykorzysta dane mu minuty na podjęcie zrównoważonej decyzji, czy też zadziała instynktownie, być może na podstawie błędnej informacji?

Jak zareaguje na wiadomość, że za kilkanaście minut przestaną istnieć największe miasta, w pierwszej kolejności Waszyngton?

Jeśli atak będzie prawdziwy, a prezydent zawaha się, wówczas nie tylko skazuje siebie na śmierć, ale również pozbawia wojsko możliwości obronnych i ofensywnych. Bo w czasie tych kilku minut zostanie poinformowany, że w ataku zniszczeniu ulegnie większość instalacji wojskowych, w tym wyrzutni rakiet. W związku z tym pociski muszą zostać odpalone zanim zostaną unicestwione. Inny doradca przypomni o milionach istnień ludzkich, ktoś o konieczności odwetu.

Z każdej strony prezydent atakowany będzie informacjami, sugestiami, wzywany do natychmiastowego działania. Wyobraźmy sobie, że podejmie decyzję, wprowadzi ją w życie, a potem okaże się, iż alarm był wynikiem błędu, tak jak w 1979 roku, gdy

Byliśmy o krok od nuklearnej zagłady

Stany Zjednoczone były bardzo blisko wystrzelenia swych rakiet wyposażonych w głowice nuklearne w 1979 roku, gdy gospodarzem w Białym Domu był Jimmy Carter, a jego doradcą ds. bezpieczeństwa Zbigniew Brzeziński.

Pewnej nocy konsole w centrum znajdującym się w stanie Kolorado zapłonęły czerwonymi światłami ostrzegawczymi sygnalizując zmasowany, sowiecki atak balistyczny. Zbigniew Brzeziński w ciągu kilku minut odebrał kilkanaście telefonów informujących o odnotowanym wystrzeleniu pocisków. Jego rozmówcy mówili o zmasowanym ataku, w wyniku którego całkowitemu zniszczeniu ulegnie większość kraju. Już tylko kilka sekund dzieliło go od obudzenia prezydenta i przekazania mu tragicznej wiadomości, po czym w czasie maksymalnie 6 minut przekonania go do konieczności podobnej odpowiedzi ze strony Stanów Zjednoczonych. Brzeziński był wtedy przekonany, że koniec jest bliski. W ostatniej chwili odebrał jeszcze jeden telefon, tym razem odwołujący alarm i informujący go o technicznym i ludzkim błędzie w centrum dowodzenia w Kolorado. Okazało się, że perforowana taśma z zapisem symulowanego ataku, stworzona w celach treningowych, została włożona do odtwarzacza podpiętego do rzeczywistego systemu ostrzegania. Drugi błąd popełnili technicy, którym zamiast przepisowych trzech minut na potwierdzenie prawdziwości ostrzeżenia wyjaśnienie sytuacji zajęło aż osiem. Oczywiście stracili pracę, ale świat znalazł się o krok od wojny atomowej w wyniku czyjegoś zaniedbania, a następnie roztargnienia.

Trudna do wyobrażenia odpowiedzialność. Zwłaszcza, że wydanych rozkazów nie da się łatwo cofnąć.

Krok po kroku

Bruce G. Blair, były oficer odpowiedzialny za gotowość pocisków nuklearnych, dziś wykładowca na Uniwerystecie Princeton, w rozmowie z Bloomberg News w skrócie przedstawił proces uruchamiania potencjału nuklearnego w USA.

A więc prezydent podejmuje decyzję. Nie ma tu żadnych wątpliwości, wszystko zależy wyłącznie od głowy państwa. Chwilę później informowani są o tym najważniejsi dowódcy wojskowi. Rozpoczyna się błyskawiczna telekonferencja z cywilnymi ekspertami i przedstawicielami wojska na temat możliwych opcji działania. W Białym Domu służy do tego Situation Room, a jeśli prezydent podróżuje, łączy się ze światem z pokładu Air Force One. Najważniejszymi osobami w tych rozmowach są: szef operacyjny w Pentagonie i oficer sprawujący w danym momencie pieczę nad National Military Command Center, zwanym także “pokojem wojennym”. To działające bez przerwy centrum odpowiedzialne jest za przekazanie decyzji prezydenta do poszczególnych baz i wysłanie kodów odpalających rakiety. W naradzie wziąłby też pewnie udział szef Centrum Strategicznego w Omaha nadzorujący potencjał nuklearny kraju.

Od podjęcia decyzji upływa maksymalnie minuta, rozpoczyna się narada, która teoretycznie trwa tak długo, jak zażyczy sobie tego prezydent. Jednak w przypadku pocisków zbliżających się do celów na terenie USA konsultacje takie mogą potrwać zaledwie 30 sekund.

W związku z ograniczeniem czasowym i działaniem pod presją w tym momencie istnieje największe niebezpieczeństwo podjęcia zbyt pochopnej decyzji.

Jeśli taka zapadnie, to właśnie podczas narady.

Część doradców może próbować wpłynąć na prezydenta, nawet w ramach protestu zrezygnować z funkcji, ale jeśli im się te próby nie powiodą, to Pentagon musi podporządkować się woli głowy państwa i zwierzchnika sił zbrojnych.

Następuje weryfikacja rozkazu. Oficer w tzw. “pokoju wojennym” w Pentagonie musi uzyskać pewność, iż osobą wydającą rozkaz jest rzeczywiście prezydent. To jednak formalność i trwa krótko.

Polega na odczytaniu przez niego hasła, zwykle w postaci dwóch liter alfabetu wykorzystywanego w wojsku, na przykład “Delta-Echo”. Prezydent sięga do słynnej walizki po zestaw szyfrów i znajduje odpowiedni odzew dla wywołanego hasła, na przykład “Charlie-Zulu”.

Rozkaz jest przyjęty, następuje przygotowanie do odpalenia pocisków. W skład przygotowań wchodzi między innymi wprowadzenie danych dotyczących czasu, celu i kodów uwierzytelniających. Składają się one z około 150 znaków, które przekazywane są na cały świat do zawiadujących głowicami balistycznymi ekip. Mogą to być bazy wojskowe, łodzie podwodne, etc.

Od zwołania narady upływa w tym momencie kilka minut, według obowiązujących obecnie planów około 3.

W ciągu kilku sekund rozkaz dociera do osób odpowiedzialnych za wystrzelenie rakiet, które przejmują dalszą kontrolę. Jeśli ma to miejsce

Na łodzi lub okręcie,

to otwierany jest sejf z zalakowanymi kodami (SAS) opracowanymi przez NSA, po czym porównywane są one z otrzymanymi przed chwilą z Pentagonu. Do odpalenia rakiet potrzebnych jest jeszcze kilka osób, w tym kapitan i dwie osoby mające poświadczyć prawdziwość rozkazu. Następnie zdejmowane są wszelkie istniejące zabezpieczenia fizyczne i nie dłużej niż 15 minut po otrzymaniu prezydenckiego polecenia następuje odpalenie pocisków.

Jeśli odbywa się to

Na lądzie,

to pięcioosobowe ekipy w różnych, zwykle zlokalizowanych pod ziemią centrach zawiadujących zwykle 50 pociskami, otwierają sejfy z kodami SAS i podobnie jak to ma miejsce na łodziach i okrętach, porównują je z otrzymanymi właśnie z Pentagonu. Następnie wpisywany jest otrzymany numer zawierający koordynaty celu. W czasie pokoju rakiety wycelowane są w ocean na wypadek błędu lub awarii systemu. Pięć osób wydobytymi z sejfu kluczami uruchamia głowice balistyczne. Używane jest pięć kluczy, choć wymagane są tylko dwa. Pięć minut od otrzymania rozkazu, a więc znacznie szybciej niż w przypadku łodzi podwodnych i okrętów, pociski są gotowe do opuszczenia silosów.

To nie film,

bo w przeciwieństwie do scenariuszy filmowych, raz odpalone rakiety nie mogą być zawrócone, a głowice nuklearne unieszkodliwione.

Oczywiście naturalnym odruchem jest obawa, czy jakakolwiek osoba na tym stanowisku będzie w stanie zachować zimną krew i nie ulec panice, emocjom, złym radom i własnemu zmęczeniu. W końcu prezydent to też człowiek, może ostatniego wieczoru uczestniczył w zakrapianej kolacji, ma grypę, zły nastrój, etc.

Możliwość popełnienia błędu jest wysoka

Każdy z nas spodziewa się, że głowa państwa nie tylko uchroni nas przed niebezpieczeństwem, ale również nie popełni błędu.

Wymagamy chyba zbyt wiele. Nikt nie jest w stanie przetworzyć w tak krótkim czasie tylu informacji i dokonać jedynie słusznej decyzji. Zwłaszcza, gdy w naszym kierunku zbliżają się z prędkością 4 mil na sekundę wrogie pociski nuklearne, a przynajmniej taka wiadomość jest nam przekazywana.

Większość prezydentów w okresie zimnej wojny drżała na myśl o takiej chwili, choć nikt nigdy nie utracił kontaktu z rzeczywistością.

Ronald Reagan nie mógł uwierzyć, że pozwolono by mu na podjęcie takiej decyzji w okresie sześciu minut na podstawie kilku plamek na radarach, które mogłyby być początkiem końca świata.

W okresie afery Watergate doradcy Richarda Nixona próbowali ograniczyć jego uprawnienia dotyczące kodów nuklearnych ze względu na depresję i nadużywanie alkoholu. Jego sekretarz obrony, James Schlesinger, potajemnie poinstruował Pentagon, by w razie prezydenckiego rozkazu upewnić się innymi kanałami, że spełnione zostały wszystkie warunki i wymagania.

W przeszłości wielokrotnie dochodziło do międzynarodowych konfrontacji, podczas których testowane było opanowanie i rozsądek przywódców USA i Rosji. Po krótkim okresie spokoju obydwa kraje zaczynają znów swe dawne gry, do tego dołączyły Chiny i Korea Północna. Kto znajdzie się obok umownego “nuklearnego przycisku” może okazać się bardzo ważne. Jednocześnie nikt nie jest w stanie przewidzieć, jakie w takiej sytuacji podjęte byłyby decyzje.

na podst. politico.com, bloomberg.com, brookings.edu
opr. Rafał Jurak