----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Za czasów poprzedniej administracji, ambasadorem USA w Polsce była Georgette Mosbacher, którą nominował Donald Trump. Zgodnie z przyjętym zwyczajem, ze względu na nominację polityczną złożyła rezygnację z pełnionej funkcji 20 stycznia tego roku, czyli w dniu zaprzysiężenia Joe Bidena. Od tego czasu funkcję ambasadora Stanów Zjednoczonych sprawuje Bix Aliu jako chargés d’affaires ad interim – to niższy stopnień dyplomatyczny względem ambasadora. Mimo tego, że wiadomo już, kto zostanie nowym szefem amerykańskiej dyplomacji w Polsce, to wakat na tym stanowisku trwa już ponad 6 miesięcy. Oficjalnym powodem mają być formalności, nieoficjalnym niechęć polskich władz do nowej administracji w Waszyngtonie.

Mark Brzezinski - syn Zbigniewa Brzezińskiego

Mark Brzezinski został nieoficjalnie wyznaczony przez nową administrację USA do objęcia funkcji ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce. To pełnoprawny dyplomata, były ambasador USA w Szwecji. Z zawodu prawnik, a z zamiłowania aktywny działacz polsko-amerykański, który sympatię do Polski ma we krwi – jest synem Zbigniewa Brzezińskiego, który był m.in. doradcą prezydenta Jimmy'ego Cartera i Johna F. Kennedy’ego.

Gdzie leży problem?

Jak dowiedział się portal Onet, polski rząd domaga się od Marka Brzezińskiego, by ten przed przyjazdem nad Wisłę zrzekł się polskiego obywatelstwa. Sam zainteresowany stwierdził, że nie może się zrzec czegoś, czego nie ma. Z kolei Warszawa twierdzi, że Brzeziński ma obywatelstwo RP z mocy prawa, ponieważ jego ojciec Zbigniew Brzeziński był przed II wojną światową obywatelem RP. W takim przypadku, żeby zostać ambasadorem, Brzeziński junior musiałby złożyć stosowny wniosek o zrzeczenie się obywatelstwa na ręce prezydenta Andrzeja Dudy, bo polski obywatel nie może być ambasadorem obcego kraju w Polsce. Na chwilę obecną Brzezinski odmawia. Bez udzielenia „agreement” przez polskie władze, czyli formalnej, dyplomatycznej zgody na objęcie urzędu, Biały Dom nie może formalnie ogłosić nazwiska nowego kandydata na ambasadora.

Jest reakcja władz w Warszawie

Sytuację skomentował na Twitterze wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz. Polityk zapewnił, że wszystko toczy się zgodnie z przyjętymi terminami.

"Bzdura! Nikt niczego nie wstrzymuje. To puste szukanie newsa. Procedura udzielania agreement kandydatowi rozpoczęła się niedawno i trwa. Jak w każdym przypadku wymaga szeregu działań po stronie polskiej”. Obecni i byli dyplomaci zwracają uwagę, że uzyskanie „agreement”, czyli formalnej zgody na objęcie urzędu w kraju przyjmującym zwykle trwa o wiele krócej, a formalności nie są w tym przypadku problemem. Zdaniem politologów specjalizujących się w stosunkach dyplomatycznych, opóźnianie wydania agreement jest postrzegane jako posunięcie poniżające dla kandydata ubiegającego się o jedną z najwyższych funkcji w dyplomacji.

fk