W połowie lutego Mark Zuckerberg usiadł na miejscu świadka w sali sądowej w Los Angeles. Tym razem nie kontrolował pytań ani czasu odpowiedzi. Po raz pierwszy musiał odpowiadać przed ławą przysięgłych.
Dla wielu obserwatorów scena ta miała smak historycznego déjà vu. Publicystka Jillian Michaels ujęła to w ten sposób:
„W latach 90. Ameryka patrzyła, jak szefowie firm tytoniowych unoszą prawą rękę przed Kongresem i przysięgają, że nikotyna nie uzależnia. Dziś wiemy, że kłamali w żywe oczy. Wewnętrzne dokumenty ujawniły, że papierosy były chemicznie projektowane tak, by maksymalizować uzależnienie, i celowo reklamowane dzieciom, które miały zastąpić wymierającą bazę klientów. Dziś obserwujemy to samo kłamstwo w czasie rzeczywistym. Tylko że teraz produktem nie jest Marlboro. Jest nim algorytm".
Sprawa, która może ruszyć lawinę
Proces, który wywołał to przesłuchanie, zaczął się 9 lutego w kalifornijskim sądzie stanowym. Powódką jest dwudziestolatka, identyfikowana w dokumentach jako K.G.M. – bo w chwili rzekomej krzywdy była dzieckiem. Twierdzi, że Instagram i YouTube uzależniły ją od ekranu tak skutecznie, że popadła w poważne problemy psychiczne, stany lękowe, samookaleczania i myśli samobójcze.
Jej sprawa to pierwsza z ponad tysiąca podobnych, złożonych przez poszkodowanych użytkowników w całym kraju. TikTok i Snap zdążyły zawrzeć ugody w swoich procesach, oszczędzając sobie przesłuchań i ujawnienia wewnętrznych dokumentów. Meta oraz Google (właściciel YouTube) postanowiły bronić się w sądzie.
Co wyróżnia ten proces spośród wcześniejszych batalii z Big Tech? Prawnicy nie atakują konkretnych treści opublikowanych na platformach – zamiast tego celują w sam projekt produktu. Twierdzą, że algorytmy, powiadomienia i mechanizmy behawioralne zostały zaprojektowane wyłącznie po to, by przykuć użytkownika do ekranu – i że robi się to ze świadomością wyrządzanej szkody.
Jak projektuje się nałóg
W centrum oskarżeń znajduje się teza, że największe platformy nie są bezstronnymi narzędziami komunikacji, tylko systemami, które świadomie wykorzystują podatność ludzkiej psychiki – szczególnie psychiki dzieci. Feed nigdy nie pokazuje tych samych treści dwa razy, bo niepewność co do tego, co pojawi się za chwilę, działa jak automat do gry: każe przewijać dalej.
Adwokat powódki, Mark Lanier, nazwał to wprost w mowie otwierającej: firmy te zbudowały maszyny zaprojektowane, by uzależniać mózgi dzieci – i zrobiły to celowo.
Zuckerberg pod presją
Przez kilka godzin na sali sądowej CEO Mety sprawiał wrażenie wyraźnie spiętego. Wiercił się, unosił brwi, a gdy prawnik powódki Mark Lanier wyciągał kolejne wewnętrzne dokumenty, Zuckerberg próbował tłumaczyć je jako wyrwane z kontekstu albo błędnie interpretowane.
Wśród nich znalazł się email sprzed dekady, w którym pisał o celach zakładających wzrost czasu aktywności użytkowników. Zuckerberg odpowiadał, że nie jest pewien, czy były to formalne cele firmy, czy raczej jego ogólne przemyślenia. Lanier ripostował, że jeśli prezes pisze do organizacji o celach, pracownicy traktują to jak kierunek działania — niezależnie od intencji autora.
Prawnik wrócił też do kwestii dzieci poniżej 13. roku życia. Regulamin platformy ich zabrania, ale wewnętrzne szacunki wskazywały na miliony takich użytkowników. Zuckerberg powtarzał, że firma podejmuje działania, by takie konta usuwać, choć „nie jest doskonała”. Na pytanie, czy naprawdę oczekuje, że dziewięciolatek przeczyta regulamin i będzie go przestrzegał, odpowiedział chłodno:
„Nie rozumiem, co w tym jest skomplikowanego”.
Wiedzieli? Dokumenty sugerują, że tak
Najtrudniejsze chwile procesu nie dotyczyły jednak samego Zuckerberga – lecz tego, co ujawniły wewnętrzne dokumenty Mety. Wynika z nich, że firma wiedziała o szkodach wyrządzanych użytkownikom – i mimo to nie zmieniła nic istotnego.
Kiedy wyniki wewnętrznych badań zaczęły wychodzić na jaw, kierownictwo Mety stanęło przed dylematem. Dokumenty ujawnione w sądzie pokazują, że debatowano nie nad tym, jak rozwiązać problem – lecz nad tym, czy w ogóle kontynuować badania, skoro ich istnienie samo w sobie stało się kłopotem.
Nie pytali, jak to naprawić. Pytali, jak to ukryć.
Jeden z byłych dyrektorów firmy zeznał, że po tym, jak jego własna córka zaczęła otrzymywać na Instagramie niechciane propozycje seksualne, przeprowadził wewnętrzne ankiety wśród użytkowników. Skala problemu przerosła jego najgorsze oczekiwania. Ostrzegł kierownictwo osobiście. Nic się nie zmieniło.
Czy prawo nadąży?
Ponad 40 stanów złożyło pozwy przeciwko platformom. Były Surgeon General wydał oficjalne ostrzeżenie o zagrożeniu dla zdrowia psychicznego młodzieży. Badania pokazują dramatyczny wzrost wskaźnika samobójstw wśród młodych ludzi w ciągu ostatnich dwóch dekad – zbiegający się w czasie z eksplozją popularności mediów społecznościowych.
Tymczasem w sali sądowej w Los Angeles toczy się coś, co może okazać się ważniejsze niż niejedna ustawa. Jeśli ława przysięgłych uzna, że szkoda pochodzi nie z treści, lecz z projektu samego produktu – cały system prawny, za którym od lat chowają się platformy, może przestać działać.
Historia lubi się powtarzać
Nie chodzi tylko o jedną sprawę i jednego miliardera.
Przemysł tytoniowy przez dekady finansował przychylne badania, lobbował przeciw regulacjom i kierował reklamy do dzieci. Gdy w końcu wewnętrzne dokumenty ujrzały światło dzienne, a informatorzy zaczęli zeznawać, cały system runął. Rozliczenie przyszło z opóźnieniem — ale przyszło.
Zuckerberg w fotelu świadka, prawnik wykładający na stole kolejne maile z jego własnej skrzynki, sala pełna rodziców, których dzieci już nie ma — to coraz mniej przypomina zwykłą branżową batalię prawną.
Kiedyś sprzedawano nałóg w paczkach papierosów. Dziś nosimy go w telefonie.