Prawie 10 miliardów dolarów rocznie, ponad 45 tysięcy pracowników i jeden z najniższych wskaźników liczby uczniów przypadających na nauczyciela. Chicago inwestuje w publiczne szkoły ogromne pieniądze. Jednocześnie system ma ponad 9 miliardów dolarów długu, setki milionów brakujących w budżecie i tysiące pustych miejsc w szkolnych budynkach. Przy takich liczbach coraz trudniej unikać prostego pytania: co miasto otrzymuje w zamian?
Chicago Public Schools to czwarty co do wielkości system szkolny w kraju (po Nowym Jorku, Los Angeles i Miami-Dade). W roku szkolnym 2025–26 uczyło się w nim około 316 tysięcy dzieci. Jeszcze rok wcześniej było ich 325 tysięcy. Tymczasem w szkolnych budynkach jest miejsce dla ponad 425 tysięcy uczniów. Oznacza to ponad 133 tysiące niewykorzystanych miejsc.
Jednocześnie system nie jest tani. Budżet CPS na rozpoczynający się rok fiskalny wynosi około 9,9 miliarda dolarów, co po podzieleniu przez liczbę uczniów daje ponad 30 tysięcy dolarów na dziecko — choć to nie jest realny koszt samego nauczania, bo w budżecie mieszczą się też emerytury, obsługa długu i inne wydatki systemu.
Problem w tym, że pieniędzy i tak brakuje. CPS rozpoczynało przygotowania do obecnego roku budżetowego z dziurą wynoszącą 732,5 mln dolarów. System ma ponadto ponad 9 miliardów dolarów zadłużenia, którego obsługa pochłania ponad 900 mln dolarów rocznie.
Więcej pracowników, mniej uczniów
Jeszcze ciekawiej wygląda zatrudnienie. Od 2019 do 2024 roku CPS dodało do szkół prawie 7 tysięcy pracowników, w tym ponad 2600 nauczycieli i ponad 4 tysiące pracowników pomocniczych. Dzięki temu średnia liczba uczniów przypadających na nauczyciela spadła z około 14 do 12.
CPS przedstawia to jako inwestycję w jakość nauczania: więcej nauczycieli, pedagogów, pielęgniarek, terapeutów i pracowników edukacji specjalnej oznacza większą pomoc dla dzieci. I jest to argument, którego nie można ignorować. Ponad 70 proc. uczniów CPS pochodzi z rodzin o niskich dochodach, a znaczna część uczy się angielskiego lub ma niepełnosprawność.
Ale pozostaje druga strona rachunku. Liczba pracowników rosła w systemie, który przez lata tracił uczniów i nadal utrzymuje ogromną liczbę niewykorzystanych miejsc. W skrajnych przypadkach koszt utrzymania małych szkół w przeliczeniu na jednego ucznia staje się wielokrotnie wyższy od średniej.
Koszty te odczuwają również mieszkańcy miasta. Podatek od nieruchomości finansuje nie tylko szkoły, ale też miasto i inne jednostki lokalne. Największa część rachunku trafia jednak do Chicago Public Schools. W ostatnich latach CPS regularnie korzystało z możliwości podnoszenia poboru podatku od nieruchomości, a wpływy z tego źródła sięgają kilku miliardów dolarów rocznie. Dlatego rosnące koszty systemu szkolnego nie są wyłącznie problemem księgowym CPS – przekładają się na presję na rachunki właścicieli domów i budynków, a pośrednio także na czynsze.
A wyniki?
Tu obraz nie jest jednoznaczny. CPS może wskazać na znaczną poprawę po pandemii, szczególnie w czytaniu, oraz dobre wyniki najmłodszych uczniów. Są szkoły osiągające rezultaty porównywalne z najlepszymi placówkami w stanie.
Jednocześnie pozostaje ogromna grupa dzieci, które nie osiągają poziomu uznawanego za biegłość w czytaniu i matematyce. W ogólnokrajowym badaniu NAEP Chicago nadal wypada słabo na tle części innych wielkich systemów miejskich. W matematyce w ósmej klasie w 2024 roku poziom „proficient” lub wyższy osiągnęło 21 proc. uczniów Chicago, wobec 23 proc. w Nowym Jorku.
Do tego dochodzi absencja. W części szkół problemem nie jest już tylko to, czego i jak dzieci są uczone, lecz czy w ogóle regularnie pojawiają się w klasie.
Związek nie tylko przy stole negocjacyjnym
Dyskusji o kosztach CPS nie sposób oddzielić od Chicago Teachers Union. CTU reprezentuje blisko 30 tysięcy pracowników i od lat jest jednym z najpotężniejszych związków zawodowych w mieście. Jego rola wykracza jednak daleko poza negocjowanie płac i warunków pracy.
Burmistrz Brandon Johnson przed rozpoczęciem kariery politycznej był organizatorem CTU, a związek należał do najważniejszych sił stojących za jego wyborem. CTU wydaje również miliony dolarów na działalność polityczną. W pierwszych wyborach do chicagowskiej rady szkolnej był największym pojedynczym graczem finansowym, choć wynik głosowania okazał się ostatecznie mieszany.
Zwolennicy CTU przekonują, że silny związek chroni szkoły przed cięciami i zapewnia dzieciom potrzebnych nauczycieli oraz specjalistów. Krytycy odpowiadają, że jego polityczne wpływy utrudniają ograniczanie zatrudnienia, zamykanie niewykorzystanych szkół i kontrolowanie rosnących kosztów.
Ten spór będzie coraz trudniejszy do odkładania. CPS twierdzi, że Illinois finansuje chicagowskie szkoły na poziomie zaledwie 73 procent kwoty uznawanej przez stan za wystarczającą — a mimo to system wciąż zmaga się z pustymi ławkami, długiem i rosnącymi kosztami.
Pytanie nie brzmi więc, czy Chicago powinno wydawać pieniądze na edukację. Oczywiście powinno. Pytanie brzmi, czy przy niemal 10 miliardach dolarów rocznie obecny sposób ich wydawania daje uczniom rezultaty odpowiadające skali tej inwestycji. Odpowiedź ma znaczenie nie tylko dla ponad 300 tysięcy dzieci w CPS, ale również dla mieszkańców Chicago, którzy znaczną część kosztów tego systemu widzą każdego roku na swoich rachunkach podatku od nieruchomości.