----- Reklama -----

Ogłoszenia, felietony, informacje Polonijne - Tygodnik Monitor

12 sierpnia 2026

Udostępnij znajomym:

Jeszcze kilka lat temu rodzice walczyli przede wszystkim o to, by dzieci odłożyły telefony. Później przyszły ograniczenia mediów społecznościowych, a w wielu stanach także zakazy używania komórek podczas lekcji. Teraz spór wchodzi w kolejną fazę. Coraz więcej rodziców pyta: skoro w domu staramy się ograniczać ekrany, dlaczego szkoła sadza przed nimi dziecko na kilka godzin dziennie?

Nie jest to bunt przeciwko komputerom ani próba cofnięcia edukacji do czasów kredy i tablicy. Rodzice coraz częściej kwestionują coś innego, przekonanie, że niemal każde zadanie wykonane na ekranie automatycznie staje się nowocześniejsze i lepsze.

Od Illinois po Kalifornię i Pensylwanię pojawiają się petycje, zmieniają się szkolne regulaminy, blokowane są aplikacje, a ustawodawcy zaczynają przyglądać się nie tylko telefonom przynoszonym przez uczniów, lecz również urządzeniom dostarczanym przez same szkoły.

Miała być lekcja, była Taylor Swift

Kiedy córka Miriam Kendall poszła do zerówki, szkoła wręczyła jej tablet. W domu rodzina z Evanston pod Chicago robiła coś dokładnie odwrotnego – ograniczała ekrany, unikała YouTube'a i zachęcała dzieci do zabawy na dworze.

Kendall zaakceptowała jednak szkolne urządzenie. W końcu miało służyć do nauki. Jej podejście zmieniło się, gdy córka była w drugiej klasie. Matka zajrzała do historii aktywności tabletu i odkryła, że podczas dwóch godzin lekcyjnych dziewczynka oglądała teledyski Taylor Swift.

Dziś Kendall stoi na czele Screen Sense Evanston, grupy domagającej się ograniczenia ekranów w szkołach. Jej petycję podpisało ponad 1400 osób w dystrykcie liczącym około 6 tysięcy uczniów.

Komputer dla każdego

Jeszcze dekadę temu amerykańskie szkoły masowo inwestowały w iPady, Chromebooki i platformy edukacyjne, a pandemia tylko przyspieszyła cyfryzację. Wiosną 2020 roku około 45 proc. szkół publicznych zapewniało urządzenie każdemu uczniowi, a w roku szkolnym 2024/25 już około 88 procent. Pandemia się skończyła, dzieci wróciły do klas, ale urządzenia zostały – i coraz częściej pojawia się pytanie, czy rzeczywiście powinny zajmować tak dużą część szkolnego dnia.

Na zebraniach rad szkolnych w różnych częściach kraju rodzice opowiadają o dzieciach grających podczas zajęć, oglądających filmy albo przeskakujących między aplikacjami. Pojawia się też inne pytanie: po co uczeń ma oglądać nagraną prezentację na ekranie, jeśli w tej samej sali znajduje się nauczyciel?

Jordan Spicklemire z Morton w Illinois, matka pierwszoklasisty i dwuletniej córki, nie twierdzi, że ekrany nie mają miejsca w edukacji. Sama jednak, udzielając korepetycji, woli tradycyjne fiszki – kartoniki z pytaniami i odpowiedziami – od aplikacji do quizów. Jej pytanie jest bardzo proste: czy aplikacja naprawdę jest lepsza?

Nie tylko czas przed ekranem

Rodziców niepokoi również to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Internet Safety Labs podało w 2022 roku, że 96 proc. analizowanych aplikacji edukacyjnych przekazywało dane dzieci innym podmiotom – często bez świadomości uczniów i rodziców, a czasem również szkół.

Do tego dochodzi sama konstrukcja wielu programów. Kolorowe nagrody, punkty, animacje i kolejne poziomy mają utrzymywać uwagę ucznia. To może pomagać w nauce, ale mechanizmy bardzo przypominają te stosowane w grach i aplikacjach, od których ci sami rodzice próbują odciągać dzieci po powrocie ze szkoły.

Stąd coraz częstszy paradoks: dziecko nie dostaje w domu smartfona, ale rano idzie do szkoły i otrzymuje własnego Chromebooka.

Najpierw telefony, teraz szkolne ekrany

Sprzeciw wobec nadmiaru technologii nie pojawił się nagle. Ponad 155 tysięcy rodzin przyłączyło się do inicjatywy Wait Until 8th, której uczestnicy zobowiązują się nie kupować dzieciom smartfonów przed ósmą klasą. Co najmniej 37 stanów wymaga już od szkół zakazania lub ograniczenia korzystania z telefonów podczas zajęć.

Teraz uwaga przesuwa się na następny ekran – ten, którego dziecko nie przynosi z domu, lecz dostaje od szkoły.

Co najmniej 16 stanów wprowadziło lub rozważa przepisy dotyczące czasu ekranowego albo zasad korzystania z technologii edukacyjnych. W Los Angeles zdecydowano w czerwcu, że uczniowie do pierwszej klasy włącznie nie powinni korzystać z ekranów podczas lekcji, a dostęp do nich ma zwiększać się stopniowo w starszych klasach. Zmiany widać też w rejonie Chicago. W Evanston po naciskach rodziców na szkolnych urządzeniach zablokowano YouTube i ponad 300 aplikacji niezwiązanych z nauką, a podczas przerw w pomieszczeniach dzieci mają obywać się bez ekranów.

W sąsiednim Glenview Aaron Friedman zebrał około tysiąca podpisów pod petycją dotyczącą szkolnych urządzeń. Dystrykt zgodził się ponownie przejrzeć i doprecyzować zasady korzystania z technologii w klasach.

Nie wszędzie odbywa się to spokojnie. W Lower Merion w Pensylwanii zebranie rady szkolnej przerodziło się w burzliwy spór po cofnięciu zasady pozwalającej rodzicom wyłączyć dzieci z części zajęć opartych na ekranach.

Nie chodzi o wyrzucenie komputerów

Najciekawsze jest jednak to, że większość rodziców zaangażowanych w ten ruch wcale nie domaga się powrotu do szkoły bez technologii. Komputer jest potrzebny do wyszukiwania informacji, egzaminów online, nauki programowania czy pracy z multimediami. Odpowiednio wykorzystywane narzędzia cyfrowe mogą też pomagać w nauce czytania, pisania i przedmiotów ścisłych.

Spór dotyczy raczej granicy.

Czy pierwszoklasista musi wykonywać na tablecie zadanie, które równie dobrze mógłby zrobić ołówkiem? Czy film jest potrzebny, jeśli nauczyciel może coś wyjaśnić? Czy każda książka musi mieć cyfrowy odpowiednik? I czy fakt, że szkoła kupiła tysiące urządzeń, oznacza, że trzeba z nich korzystać przez znaczną część dnia?

Coraz więcej rodziców odpowiada: technologia tak, ale wtedy, kiedy rzeczywiście jest lepszym narzędziem.

----- Reklama -----

POLONER 950 X 300

----- Reklama -----

POLONER 950 X 300

----- Reklama -----

Dorota Zielinski

----- Reklama -----

Zobacz nowy numer Gazety Monitor
Zobacz nowy numer Gazety Monitor