----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij znajomym:

Budynek Kapitolu był miejscem bezprecedensowych wydarzeń, gdy w środę wczesnym popołudniem, pokonując zabezpieczenia i kordon policji, wdarły się na jego teren tłumy zwolenników Donalda Trumpa, zachęcone do tego wcześniejszym przemówieniem podczas wiecu przed Białym Domem. Ewakuowano wiceprezydenta i obydwie izby parlamentu, które akurat obradowały nad certyfikacją wyborów prezydenckich.

Co przez lata było formalnością, tym razem stało się przyczyną zamieszek i siłową próbą zmiany wyniku wyborów. Byliśmy świadkami szalonych scen, gdy setki osób przedarło się przez barykady, pokonało zabezpieczenia budynku i zmusiło Kongres do nagłego wstrzymania procesu certyfikacji wyborów, potwierdzającego Joe Bidena jako zwycięzcę listopadowego głosowania.

W jednym, dramatycznym momencie, ochrona budynku sięgnęła po broń, gdy uczestnicy zamieszek starali się wedrzeć do izby posiedzeń, w której znajdowali się politycy.

W wyniku środowych wydarzeń zginęła 35-letnia kobieta, postrzelona przez policję Kapitolu wewnątrz budynku, która znajdowała się w grupie starającej się siłą wedrzeć do zamkniętych pomieszczeń. W nocy zmarły kolejne trzy osoby, które odniosły rany podczas zamieszek. Ich tożsamość w momencie pisania tego tekstu nie była znana, nie wiadomo więc, czy byli to protestujący, czy ochrona budynku. Kilka osób zostało dotkliwie pobitych przez atakujący tłum, w tym jeden policjant wciągnięty pomiędzy ludzi.

Media społecznościowe zostały zalane zdjęciami demonstrantów, którzy toczyli potyczki z policjantami, doniesieniami o zamieszkach wewnątrz, obrazami wybijanych szyb, wyważanych drzwi i plądrowanych prywatnych biur Kongresu.

Znaleziono broń i ładunki wybuchowe

Według funkcjonariuszy oczyszczających później budynek Kapitolu, na jego terenie znaleziono improwizowane ładunki wybuchowe. Zarekwirowano również pięć sztuk broni palnej i aresztowano kilkanaście osób, z których żadna nie była mieszkańcem D.C.

W internecie krąży film pokazujący moment użycia broni przez policję. Stało się to podczas szturmu tłumu na zabarykadowane drzwi. Kilkadziesiąt osób starało się je wyważyć, wybijając szyby i napierając na nie. Po kilku ostrzeżeniach na filmie słychać odgłos strzału.

Zdjęcia i filmy pełne są symboli nienawiści i rasizmu. W jednym miejscu przed Kapitolem zbudowano szubienicę i zawieszono tam pętlę, wszędzie widać było flagi Konfederacji i wykonywane dłońmi nacjonalistyczne gesty.

Po kilku godzinach starć policję wzmocniły oddziały Gwardii Narodowej, która pomogła w opróżnianiu budynku z niechcianych gości. W tym momencie zaczęła obowiązywać w Waszyngtonie godzina policyjna. Sytuacja zaczęła się normować. Wkrótce pozostający w budynku prawodawcy powrócili do obrad, a członkowie obu partii ostro potępili wydarzenia. Wiceprezydent Mike Pence nazwał to „ciemnym dniem w historii Kapitolu Stanów Zjednoczonych”.

„Do tych, którzy siali dzisiaj spustoszenie w naszym Kapitolu: nie wygraliście. Przemoc nigdy nie zwycięża. Wolność zwycięża. A to miejsce wciąż należy do narodu” - powiedział Pence.

Następnie kontynuowano certyfikację wyborów. Nad ranem na wspólnej sesji uznano Joe Bidena za zwycięzcę listopadowych wyborów i następnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Obejmie on urząd 20 stycznia o 12 w południe.

Co teraz?

Po środowych wydarzeniach kilkanaście osób z najbliższego otoczenia prezydenta ustąpiło z zajmowanych stanowisk w ramach protestu przeciw jego działaniom. Ivanka Trump usunęła z Twittera wpis, w którym początkowo nazwała uczestników protestów patriotami. Zewsząd popłynęła fala krytyki pod adresem Trumpa i słów jakie padły podczas środowego wiecu.

Wszyscy czterej żyjący byli prezydenci potępili zamieszki, w tym najostrzejszą krytykę - choć nie wymieniając nikogo z nazwiska - wyraził George W. Bush.

„To obrzydliwy i rozdzierający serce widok. Tak właśnie kwestionuje się wyniki wyborów w republice bananowej, a nie w naszej demokratycznej republice” - napisał były prezydent. „Jestem zbulwersowany lekkomyślnym zachowaniem niektórych przywódców politycznych od czasu wyborów oraz brakiem szacunku okazywanego dzisiaj naszym instytucjom, naszym tradycjom i naszym organom ścigania”.

Były prezydent Barack Obama nazwał wydarzenia „momentem wielkiej hańby i wstydu dla naszego narodu”.

„W tej chwili republikańscy przywódcy mają jasny wybór w zbezczeszczonych izbach demokracji. Mogą iść dalej tą drogą i dalej podsycać szalejące pożary” - napisał w oświadczeniu Obama. „Albo mogą powrócić do rzeczywistości i poczynić pierwsze kroki w kierunku ugaszenia płomieni. Mogą wybrać Amerykę”.

Przywódca mniejszości republikańskiej w Izbie Reprezentantów, Kevin McCarthy z Kalifornii, w rozmowie z Fox nazwał ten chaos „nieamerykańskim” i powiedział:

„Możemy się nie zgadzać, ale nie powinniśmy przenosić tego na ten poziom. Nie robi się takich rzeczy. Ludzie są ranni. To jest niedopuszczalne”.

Jeszcze podczas starć w budynku federalnym Joe Biden wezwał kończącego kadencję prezydenta, by wystąpił w ogólnokrajowej telewizji i „wypełnił przysięgę i bronił konstytucji oraz zażądał zakończenia tego oblężenia”.

"To nie protest. To powstanie" - powiedział prezydent - elekt. „Słowa prezydenta mają znaczenie, bez względu na to, jak dobrze lub źle się dzieje”.

Konsekwencje?

Dan Eberhart, wieloletni sponsor i sojusznik Trumpa oraz partii republikańskiej, również ostro skrytykował same protesty i działania prezydenta.

„Jeśli prezydent Trump chce mieć jakąkolwiek polityczną przyszłość w partii republikańskiej, musi potępić przemoc na Kapitolu i przestać twierdzić, że wybory zostały skradzione” - powiedział Eberhart w rozmowie z NBC News. „Trump miał swój dzień w sądzie. Czas przyznać się do porażki i pomyśleć o swojej politycznej przyszłości”.

Kilku prominentnych polityków partii republikańskiej i wielu demokratów zastanawia się nawet, czy nie użyć odpowiednich artykułów Konstytucji do wcześniejszego usunięcia prezydenta ze stanowiska. Kilku proponuje impeachment. Obydwa scenariusze są nie do realizacji, głównie ze względu na brak czasu i wystarczającego wsparcia w tym momencie.

Jak do tego doszło

Chaos wybuchł po przemówieniu Trumpa przed Białym Domem. Gniewnie przysiągł on, że nigdy nie ustąpi Bidenowi i po raz kolejny bezpodstawnie stwierdził, że wyniki wyborów były fałszywe.

„Nigdy się nie poddamy! Nigdy się nie poddamy!” - mówił Trump podczas swojego środowego przemówienia, po czym bezpodstawnie zażądał od wiceprezydenta Pence'a odrzucenia wyników Kolegium Elektorów. „Wszystko, co musi zrobić wiceprezydent Pence, to wysłać je z powrotem do stanów w celu ponownej certyfikacji - i zostajemy prezydentem!”.

Wydawało się, że prezydent wzywający do autorytarnego puczu na oczach tłumów zagorzałych zwolenników, w tym wyznawców teorii spiskowej QAnon i członków paramilitarnych oddziałów Proud Boys, to wystarczająco niepokojące wydarzenia. Ale w miarę upływu dnia było coraz gorzej. Po południu zachęceni przez prezydenta uczestnicy wiecu przenieśli się pod Kapitol, po czym wtargnęli na Kapitol, zderzając się z chroniącą go policją i ostatecznie włamując się do budynku.

Byli gotowi na walkę

Na kilka dni przed tym wydarzeniem strony internetowe i platformy mediów społecznościowych popularne wśród zwolenników MAGA były naznaczone groźbami przemocy i zapowiedziami zabijania, jeśli Kongres odmówi uczynienia Trumpa prezydentem. W poniedziałek przywódca Proud Boys, Enrique Tarrio, został aresztowany za posiadanie nielegalnej broni, konkretnie magazynków o dużej pojemności. Zewsząd słychać było zapowiedzi przemocy, jeśli protestujący nie dostaną tego, co chcą.

„Lepiej niech zaczną się martwić o ludzi, którzy głosowali na Trumpa i są uzbrojeni” - powiedział uczestnik wiecu, Carmelo Prochilo. „To będzie druga rewolucja amerykańska”.

Krótko mówiąc, nie był to zwykły wiec polityczny. To nawet nie był zwykły wiec Trumpa.

Naruszenie nietykalności Kapitolu jest symbolem antydemokratycznego ruchu skupionego wokół odchodzącego prezydenta, który jeszcze bardziej pogrąża i tak chwiejną demokrację amerykańską.

na podst. nbc, fox, vox, politico, washingtonpost
rj