Największym zagrożeniem na drodze nie jest już samochód, lecz kierowca, który zbyt mocno ufa elektronice.
Jeszcze kilkanaście lat temu dyskusja o bezpieczeństwie na drogach koncentrowała się przede wszystkim na awariach technicznych – niesprawnych hamulcach, zużytych oponach czy wadliwych podzespołach. Dziś eksperci wskazują zupełnie inny problem. Paradoksalnie, im więcej elektroniki trafia do samochodów, tym większym zagrożeniem stają się kierowcy, którzy zbyt mocno jej ufają.
To wnioski międzynarodowego badania przeprowadzonego wśród ponad tysiąca specjalistów zajmujących się transportem, bezpieczeństwem drogowym i motoryzacją z dziesięciu największych krajów produkujących samochody. Najczęściej wskazywanym zagrożeniem nie były już usterki techniczne, lecz niewłaściwe korzystanie z systemów wspomagających kierowcę.
Im lepszy system, tym większa pokusa
Właściciele najnowszych samochodów, zwłaszcza Tesli wyposażonych w system Full Self-Driving (Supervised), często publikują w internecie nagrania pokazujące przejazdy liczące dziesiątki, a nawet setki mil bez choćby jednego dotknięcia kierownicy. Samochód sam rusza, zatrzymuje się na światłach, zmienia pasy ruchu, pokonuje skrzyżowania, wjeżdża na autostradę i z niej zjeżdża. Trudno się dziwić, że wielu kierowców zaczyna traktować taki system niemal jak pełnoprawnego kierowcę.
I właśnie w tym eksperci dostrzegają największy problem. Nie twierdzą, że technologia zawodzi. Wręcz przeciwnie, działa na tyle dobrze, że łatwo zapomnieć o jej ograniczeniach.
Z badania wynika, że 30 procent ekspertów uznało błędne rozumienie lub niewłaściwe używanie systemów wspomagających kierowcę za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa na drogach. Kolejne 24 procent wskazało coraz bardziej rozbudowane ekrany, aplikacje i funkcje multimedialne, które odciągają uwagę kierowcy od prowadzenia pojazdu.
Podkreśla się jednak, że nawet najbardziej zaawansowane systemy nie są przygotowane na każdą sytuację. Problemy mogą pojawić się podczas robót drogowych z nietypowo ustawionymi pachołkami, gdy ruchem kieruje policjant zamiast sygnalizacji świetlnej, na źle oznakowanych skrzyżowaniach czy w przypadku nieprzewidywalnego zachowania pieszego lub rowerzysty. To właśnie w takich momentach kierowca musi natychmiast przejąć kontrolę nad pojazdem.
Nazwy robią swoje
Nie bez znaczenia pozostaje sposób promowania nowych technologii.
Aż dwie trzecie ekspertów uważa, że reklamy producentów samochodów często wyolbrzymiają możliwości systemów wspomagających jazdę, tworząc u kierowców nierealistyczne oczekiwania.
Niektóre nazwy, takie jak "Autopilot", "Full Self-Driving" czy "BlueCruise", mogą sugerować, że samochód potrafi prowadzić się sam. W rzeczywistości niemal wszystkie auta dostępne dziś w salonach oferują jedynie systemy wspomagające kierowcę, a nie pełną autonomię.
Amerykańska National Highway Traffic Safety Administration (NHTSA) od lat przypomina, że żaden samochód sprzedawany obecnie klientom w USA nie jest w pełni autonomiczny i kierowca przez cały czas pozostaje odpowiedzialny za prowadzenie pojazdu.
Człowiek przestaje uważać
Od dawna znane jest zjawisko określane jako "nadmierne zaufanie do automatyzacji". Gdy system przez długi czas działa bezbłędnie, kierowca stopniowo przestaje go kontrolować.
Najpierw na chwilę odrywa wzrok od drogi. Potem zaczyna sprawdzać telefon. Zdarza się nawet, że przestaje obserwować sytuację przed samochodem, zakładając, że elektronika poradzi sobie sama.
W ostatnich latach doszło do kilku głośnych śmiertelnych wypadków z udziałem samochodów korzystających z systemów wspomagania jazdy. W wielu przypadkach dochodzenia wykazały, że kierowcy zbyt późno zareagowali lub w ogóle nie przejęli kontroli nad pojazdem.
Najbardziej znany był wypadek na Florydzie, gdy Tesla uderzyła w naczepę ciężarówki przecinającą drogę. Późniejsze dochodzenia wykazały, że ani kierowca, ani system nie rozpoczęli hamowania przed zderzeniem. Od tego czasu NHTSA wszczęła szereg dochodzeń dotyczących kolizji Tesli z pojazdami służb ratunkowych, radiowozami i wozami strażackimi zatrzymanymi na poboczu z włączonymi światłami ostrzegawczymi.
To właśnie takie zdarzenia sprawiły, że regulatorzy zaczęli znacznie dokładniej przyglądać się nie tylko samej technologii, ale również sposobowi jej reklamowania i temu, czy kierowcy właściwie rozumieją jej możliwości.
Regulacje stają się coraz ostrzejsze
Rosnące obawy widać również w działaniach władz. W Chinach po śmiertelnym wypadku z udziałem samochodu marki Xiaomi rozważane jest zaostrzenie przepisów dotyczących zaawansowanych systemów wspomagania kierowcy. W Europie szwedzki urząd transportu sprzeciwił się dopuszczeniu jednej z wersji systemu Tesli do szerszego użytku, dopóki nie zostanie wyeliminowana możliwość przekraczania przez samochód obowiązujących limitów prędkości.
Również Organizacja Narodów Zjednoczonych przyjęła w czerwcu nowe międzynarodowe zasady dotyczące systemów automatycznej jazdy. Zakładają one m.in. bardziej rygorystyczne testowanie oprogramowania, obowiązek monitorowania działania pojazdów już po ich wprowadzeniu na rynek oraz rejestrowanie danych potrzebnych do analizy ewentualnych wypadków.
Dla Stanów Zjednoczonych dyskusja ta ma szczególne znaczenie. Kraj od lat notuje wyższy wskaźnik śmiertelnych wypadków drogowych niż większość państw Europy Zachodniej, a rozwój systemów wspomagania jazdy przez długi czas wyprzedzał szczegółowe przepisy dotyczące ich stosowania.
Technologia ratuje życie
Eksperci podkreślają, że problemem nie jest samochodowa elektronika.
Wręcz przeciwnie – nowoczesne systemy wspomagania kierowcy należą do największych przełomów w historii bezpieczeństwa drogowego od czasu upowszechnienia pasów bezpieczeństwa i poduszek powietrznych. Automatyczne hamowanie awaryjne, ostrzeganie przed kolizją, monitorowanie martwego pola czy system utrzymywania pasa ruchu każdego dnia pomagają uniknąć tysięcy kolizji i wypadków. W wielu sytuacjach potrafią zareagować szybciej niż człowiek, ponieważ nie rozpraszają się, nie męczą i nie odwracają wzroku od drogi.
To właśnie dlatego współczesna motoryzacja staje przed nowym wyzwaniem. Im skuteczniej działają elektroniczni asystenci, tym łatwiej kierowcom zapomnieć, że są jedynie wsparciem, a nie zastępstwem dla człowieka.
Samochody są coraz mądrzejsze, ale najsłabszym ogniwem wciąż pozostaje człowiek. Paradoks współczesnej motoryzacji polega na tym, że największym zagrożeniem staje się nie brak zaufania do technologii, lecz wiara, że jest ona nieomylna.