Przez lata internetowa „chmura” wydawała się czymś niemal niewidzialnym. Zdjęcia, wiadomości, dokumenty i filmy miały po prostu trafiać gdzieś do sieci. Sztuczna inteligencja jeszcze bardziej wzmocniła to wrażenie. Zadajemy pytanie, po kilku sekundach otrzymujemy odpowiedź i rzadko zastanawiamy się, gdzie właściwie została ona przygotowana.
Dziś coraz więcej Amerykanów odkrywa, że chmura nie unosi się w powietrzu. Ma postać ogromnych hal wypełnionych serwerami, przewodami i urządzeniami chłodzącymi. Potrzebuje nowych linii energetycznych, transformatorów, wielkich ilości wody i dziesiątek awaryjnych generatorów. Bywa głośna, zajmuje setki akrów i coraz częściej powstaje w pobliżu domów, gospodarstw rolnych oraz niewielkich miejscowości.
To właśnie dlatego centra danych, jeszcze niedawno przedstawiane jako symbol postępu i nowych inwestycji, wywołują coraz większy sprzeciw.
W połowie lipca przeciwnicy ich rozbudowy zorganizowali 142 protesty w 42 stanach – pierwszą skoordynowaną ogólnokrajową akcję tego typu. Sprzeciw nie przebiega zgodnie z tradycyjnym podziałem politycznym. Przeciwko centrom danych występują zarówno organizacje ekologiczne i mieszkańcy liberalnych przedmieść, jak i konserwatywni właściciele ziemi, rolnicy oraz wyborcy republikańscy. Łączą ich obawy dotyczące zużycia wody i energii, rosnących rachunków, hałasu oraz braku wpływu na decyzje podejmowane przez władze i największe firmy technologiczne. Według sondażu Reuters/Ipsos aż 57 procent Amerykanów sprzeciwiałoby się budowie takiego obiektu w swojej okolicy. Popiera ją zaledwie 14 procent.
„Populizm AI”
Centra danych skupiają dziś znacznie szersze obawy niż tylko te dotyczące wody czy hałasu. Stają się symbolem rosnącej potęgi największych firm technologicznych, szybkiego rozwoju sztucznej inteligencji oraz zmian, na które zwykli mieszkańcy mają niewielki wpływ.
Dopóki AI była jedynie programem działającym na ekranie telefonu lub komputera, trudno było wskazać konkretne miejsce, przeciwko któremu można protestować. Centrum danych ma natomiast adres, zajmuje ziemię, wymaga pozwoleń i podłączenia do lokalnych wodociągów oraz sieci energetycznej. Stało się więc widocznym symbolem całej technologicznej rewolucji.
Niektórzy komentatorzy określają to zjawisko mianem „populizmu AI”. Sztuczna inteligencja przestaje być postrzegana wyłącznie jako wygodne narzędzie. Coraz częściej wygląda jak projekt realizowany przez najbogatsze korporacje przy niewielkim udziale ludzi, których życie ma zmienić. Mieszkańcy nie pytają więc tylko, czy chatbot jest użyteczny. Pytają raczej, dlaczego wielka firma może pojawić się w ich miejscowości, otrzymać ulgi podatkowe, korzystać z lokalnych zasobów i zmieniać otoczenie bez rzeczywistej zgody społeczności.
Każde pytanie ma fizyczny koszt
Rozwój sztucznej inteligencji gwałtownie zwiększył zapotrzebowanie na moc obliczeniową. Odpowiedzi generowane przez AI przygotowują tysiące specjalistycznych procesorów pracujących przez całą dobę w centrach danych. Te same obiekty obsługują również bankowość, przechowywanie zdjęć, zakupy internetowe, filmy, usługi firmowe i znaczną część współczesnej komunikacji.
Badania pokazują, że nawet pozornie niewielka aktywność związana z AI wiąże się z zużyciem energii i wody. Pojedyncze zapytanie nie ma większego znaczenia, ale miliardy takich operacji wykonywanych codziennie przez użytkowników na całym świecie tworzą olbrzymie zapotrzebowanie.
Dlaczego serwery potrzebują wody
Woda służy przede wszystkim do chłodzenia serwerów. Część odparowuje w systemach chłodniczych, a dodatkowo wodę wykorzystują elektrownie produkujące energię zasilającą centra danych. Problem nie jest sama ilość wody, ale miejsce i czas jej poboru. Ogromny obiekt może zostać podłączony do wodociągu obsługującego niewielką miejscowość, a największego chłodzenia potrzebuje właśnie podczas upałów – wtedy, gdy mieszkańcy również zużywają najwięcej wody.
Oszacowano, że amerykańskie centra danych bezpośrednio zużyły w 2023 roku około 17 miliardów galonów wody, to tyle, ile wystarczyłoby do napełnienia około 26 tysięcy basenów olimpijskich. Taka ilość odpowiada także mniej więcej kilku godzinom przepływu wody przez wodospad Niagara.
Według najnowszych analiz dalsza ekspansja centrów danych może do 2030 roku wymagać stworzenia dodatkowych możliwości dostarczania od 697 milionów do ponad 1,45 miliarda galonów wody dziennie. To tyle ile potrzebuje cały Nowy Jork.
Prąd jak dla miasta
Jeszcze większym wyzwaniem staje się energia elektryczna. Według Departamentu Energii centra danych do 2028 roku będą odpowiadać za nawet do 12 procent całego zużycia energii elektrycznej w Stanach Zjednoczonych. Nowoczesne kampusy obsługujące sztuczną inteligencję potrzebują setek megawatów mocy, a największe planowane inwestycje – nawet kilku gigawatów. To zapotrzebowanie porównywalne z dużym miastem.
Sieci energetyczne nie były projektowane z myślą o pojedynczych odbiorcach wymagających tak ogromnych ilości energii. Potrzebna jest więc budowa nowych linii przesyłowych, transformatorów i źródeł wytwarzania prądu. To inwestycje kosztujące miliardy dolarów i wymagające wielu lat.
Największy spór dotyczy jednak tego, kto za nie zapłaci.
Firmy technologiczne przekonują, że ich inwestycje zwiększają sprzedaż energii i przynoszą korzyści lokalnym gospodarkom. Mieszkańcy obawiają się natomiast, że część kosztów rozbudowy sieci zostanie przerzucona na ich rachunki za prąd.
Generatory za oknem
Centra danych nie mogą pozwolić sobie na przerwy w dostawie energii. Dlatego obok hal instalowane są dziesiątki, a czasem setki generatorów awaryjnych zasilanych olejem napędowym lub gazem. Muszą być regularnie testowane, a podczas awarii mogą pracować przez wiele godzin.
Do tego dochodzi hałas wentylatorów, chłodni, transformatorów i urządzeń klimatyzacyjnych. Mieszkańcy opisują go jako stałe buczenie lub niskie drżenie szczególnie odczuwalne nocą.
To właśnie tutaj abstrakcyjna dyskusja o sztucznej inteligencji zamienia się w bardzo lokalny konflikt. Firma mówi o chmurze, innowacjach i globalnej konkurencji. Mieszkaniec widzi za płotem hale, kominy generatorów, transformatory i ciężarówki jadące drogą, która jeszcze niedawno prowadziła przez spokojną okolicę.
Coraz więcej stanów i samorządów zaczyna ostrożniej podchodzić do nowych centrów danych. Illinois wstrzymało przyznawanie kolejnych ulg podatkowych do czasu przygotowania nowych zasad, a na Florydzie i w Teksasie część inwestycji została opóźniona, odrzucona lub objęta dodatkowymi wymaganiami. Coraz częściej pojawia się postulat, by to inwestorzy – a nie mieszkańcy – ponosili koszty rozbudowy infrastruktury potrzebnej do zasilania takich obiektów.
Inwestycja za miliardy, ale ile miejsc pracy?
Centrum danych może kosztować kilka miliardów dolarów i zajmować teren większy niż wiele fabryk, ale do codziennej obsługi potrzebuje stosunkowo niewielkiej liczby pracowników. Coraz więcej mieszkańców zadaje więc pytanie, czy korzyści gospodarcze rzeczywiście równoważą koszty związane z wodą, energią, rozbudową sieci, hałasem i zmianami w otoczeniu.
Spór o centra danych nie oznacza odrzucenia sztucznej inteligencji ani próby zatrzymania postępu technologicznego, a raczej wprowadzenie prostych zasad: informacji o zużyciu wody, wpływie na sieć energetyczną, liczbie generatorów, poziomie hałasu oraz odpowiedzialności inwestorów za koszty infrastruktury.
Przez lata cyfrowa rewolucja wydawała się niemal bezcielesna. Dziś stanęła za płotem, podłączyła się do lokalnego wodociągu i poprosiła o energię wystarczającą dla całego miasta. I właśnie dlatego zaczęły się protesty.