----- Reklama -----

Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa

----- Reklama -----

Udostępnij znajomym:

Wzrost cen ropy naftowej w tym roku rozgniewał kierowców, wpłynął na poglądy Amerykanów na gospodarkę i pomieszał szyki Białego Domu i Rezerwy Federalnej. Niestety, eksperci z JPMorgan Chase twierdzą, że to dopiero początek.

Opublikowany w tym tygodniu raport przeznaczony dla klientów inwestycyjnych banku ostrzega, że ropa typu Brent, która obecnie sprzedawana jest za ok. 74 dolary za baryłkę, w przyszłym roku osiągnie poziom $125, a w 2023 nawet $150. Stanie się tak w dużej mierze dlatego, że organizacja OPEC nie jest w stanie tak silnie reagować na wzrost cen, jak wielu zakłada.

„Nie mają tylu baryłek. To miraż” – powiedział Christyan Malek, szef działu badającego rynek naftowy i gazowy w JPMorgan i główny autor raportu.

$150 za baryłkę ropy Brent to ponad dwukrotnie więcej, niż wynosi jej cena dziś. Jeśli ta prognoza okaże się trafna, prawdopodobnie przełoży się to na wzrost krajowych cen benzyny do 5 dolarów za galon i z pewnością zaostrzy presję inflacyjną uderzającą w amerykańską gospodarkę.

OPEC może mniej, niż się wszystkim wydaje

Głównym problemem, twierdzi specjalista z JPMorgan, jest to, że chociaż kraje OPEC mają duże zasoby ropy, to nie mają kapitału i możliwości logistycznych, aby szybko ją dostarczyć.

Rzeczywiste wolne moce produkcyjne OPEC - ściśle obserwowany wskaźnik mierzący liczbę baryłek, które można szybko wprowadzić na rynek - wyniosą w przyszłym roku zaledwie 2 miliony baryłek dziennie, szacuje JPMorgan. To mniej niż połowa tego, co zakłada wielu na Wall Street.

Wolne moce produkcyjne OPEC wynoszą zaledwie 4% całkowitych możliwości wydobywczych tych krajów, co oznacza znaczny spadek ze średnio 14% w latach 1995-2020 i margines znacznie poniżej komfortowego poziomu wynoszącego 10%. Kiedy ten margines staje się niezwykle niski, ceny ropy mogą gwałtownie wzrosnąć, a inwestorzy doliczają do cen premium.

„Spójrzmy wstecz. Kiedy mamy podobny scenariusz, gdy rynek nie ma wolnych mocy produkcyjnych, właśnie wtedy dochodzi do przekroczenia bezpiecznej linii" - dodaje autor raportu. Obawiamy się wtedy, że od niezdolności do zaspokojenia popytu dzieli nas tylko jedno wydarzenie - jak wojna, klęska żywiołowa lub inne zakłócenia dostaw.

Dobra wiadomość

jest taka, że na razie nie pojawiają się inne, podobne przepowiednie dotyczące cen ropy, a sam raport JPMorgan nie mówi, iż przez cały przyszły rok cena baryłki wynosić będzie $125. Bank przewiduje, iż średnia cena wyniesie około 88 dolarów za baryłkę, ale w pewnym momencie wystrzeli do 125 dolarów. Podobnie w 2023: ma ona wynosić średnio $82 i wystrzelić w wyniku zawirowań wydobywczo-ekonomicznych do $150.

Omicron zdusił ceny

Choć raport pochodzi z uznanego na rynku źródła i znany jest z w miarę trafnych przepowiedni rynkowych, to tym razem pojawił się w dość nieoczekiwanym momencie.

Ceny ropy na rynkach spadły ostatnio w wyniku informacji o nowej mutacji koronawirusa, w obawie, że może ona zagrozić światowej gospodarce i wpłynąć na zwiększający się popyt na energię. Choć po spadku cena odbiła na początku tygodnia, to pozostaje poniżej ostatnio notowanych wskaźników.

JPMorgan utrzymuje jednak, że Omicron nie wpływa na analizę, gdyż nawet jeśli nowy wariant wirusa ograniczy popyt, to OPEC go zrekompensuje zmniejszając podaż.

„Będą szukać wymówek, aby to zrobić” – powiedział Christyan Malek, szef działu badającego rynek naftowy i gazowy w JPMorgan i główny autor raportu.

Na razie OPEC+ (kraje organizacji plus ich sojusznicy) muszą zdecydować, czy kontynuować plan zwiększenia dostaw do 400,000 baryłek dziennie, pomimo obaw o rozprzestrzenianie się nowej mutacji i planów USA dotyczących skorzystania z rezerw strategicznych. Niedawno Biały Dom wezwał OPEC+ do realizacji planów stopniowego zwiększania podaży.

Według AAA średnia krajowa cena benzyny wynosi obecnie ok. $3.39. Dla porównania, rok temu było to $2.13.

JPMorgan twierdzi, że światowi producenci ropy, w tym OPEC, nie zdołali pozyskać kapitału wymaganego do zwiększenia produkcji na tyle, aby zaspokoić gwałtownie rosnący popyt. Bank z Wall Street szacuje, że brakuje 750 miliardów dolarów w globalnych wydatkach kapitałowych, co wymaga podniesienia ceny baryłki do 80 dolarów, aby zachęcić do dalszych inwestycji.

Dlaczego nie inwestowano?

Po pierwsze, kraje OPEC ograniczyły wydatki po wybuchu Covid i wydawały ogromne pieniądze na zdrowie publiczne i inne środki ekonomiczne.

Po drugie, inwestorzy z Wall Street zażądali, aby firmy wydobywcze przestały wydawać wszystkie swoje dochody na drogie projekty wiertnicze i zaczęły dostosowywać swe plany do posiadanych pieniędzy i zwracały akcjonariuszom nadwyżki w formie dywidend i skupu akcji.

Po trzecie dochodzą koszty zmian energetycznych na świecie. Pod presją akcjonariuszy, rządów i społeczeństw firmy naftowe wydają pieniądze na redukcję emisji własnych zanieczyszczeń i budowanie niskoemisyjnych zakładów. Dzieje się tak zwłaszcza w Europie, gdzie BP, Shell i inne duże firmy obiecały obniżyć emisję zanieczyszczeń i zainwestować w energię odnawialną.

$5 za galon. Czy to możliwe?

Możliwe, ale na razie mało prawdopodobne.

Podczas kryzysu w 2008 r. przewidywano cenę baryłki za $200, ale jej cena zatrzymała się na $145, po czym spadła do zaledwie $30.

$150 wydaje się też maksymalną granicą, do której prawdopodobnie nie dojdzie. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, że czeka nas jeszcze wiele, często nieprzewidywalnych skoków cen.

rj