Czy sądy mogą wpłynąć na wynik wyborów?
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Dziennikarze i goście głównych sieci telewizyjnych debatują, czy prezydent może odwrócić wynik wyborów w sądach. Zamiast obiektywnych analiz ekspertów prawnych, słyszymy głównie litanię życzeń. Ci, którzy chcieliby zwycięstwa Trumpa zapewniają, iż wygraną ma już w kieszeni. Ci, którzy cieszą się z jego przegranej utrzymują, iż nie ma szans.

Zebraliśmy więc kilka dostępnych analiz ekspertów niezwiązanych ze sztabami wyborczymi oraz prawników reprezentujących strony w przeszłych konfliktach wyborczych, choćby w słynnym roku 2000. W wielkim skrócie sytuacja w tej chwili wygląda następująco:

- Większość pozwów już została odrzucona, głównie ze względu na brak wystarczających dowodów. W wielu przypadkach pozwy bazowały na opinii pojedynczej osoby, która albo źle zinterpretowała sytuację, albo sfabrykowała dowody.

- Liczba głosów objętych pozwami jest zbyt niska, by mogła zmienić ostateczny wynik wyborów. Nawet, gdyby udało się sztabowi prezydenta wygrać wszystkie złożone i zapowiadane pozwy, to dotyczą one w tym momencie zbyt małej liczby kart do głosowania.

- Najbardziej zaawansowane i dotyczące największej liczby kart do głosowania działania mają miejsce w Pensylwanii. Sztab Trumpa i partia republikańska próbują skłonić Sąd Najwyższy USA do odrzucenia kart, które nadeszły po 3 listopada. Samo oddawanie kart po tej dacie nie jest problemem. Zezwala na to wiele stanów, w tym republikańskich, gdzie prezydent uzyskał przewagę. Chodzi o zmianę przepisu na krótko przed wyborami za pomocą decyzji lokalnego sądu, a nie głosowania w legislaturze.

- Przewaga Bidena w Pensylwanii wynosi w tej chwili ok. 45,000 głosów, nie licząc tzw. warunkowych kart. Są to karty wypełnione w punktach wyborczych przez osoby, które nie udowodniły w wystarczającym stopniu swej tożsamości. Karty tych osób odkładane są na bok i później, zbiorowo, przez grupę składającą się z przedstawicieli obydwu partii oceniane pod kątem legalności. Zwykle nie przesądzają one o wyniku. Najważniejszym elementem strategii sztabu prezydenta pozostają więc pozwy sądowe.

- Trump zasugerował, iż liczy na to, że konserwatywna większość Sądu Najwyższego, w tym trzech powołanych przez niego sędziów, będzie orzekać na jego korzyść w sporach wyborczych. Ale dokładnie, w jakiego rodzaju sporach mieliby sędziowie decydować, pozostaje niejasne.

Pensylwania to za mało

Nawet gdyby udało mu się odwrócić wynik w Pensylwanii, Trump musiałby zrobić to samo w większej liczbie stanów, aby zdobyć wystarczającą liczbę głosów wyborczych niezbędnych do zwycięstwa.

Ma spore szanse na wygraną w tym stanie, bo sędzia Alito już poprosił o odkładanie kart przybyłych po 3 listopada na bok, co zresztą jest już robione zgodnie z obowiązującym w tym stanie prawem. Może to świadczyć, że SN i niektórzy jego członkowie gotowi są przyjrzeć się sprawie i być może zdyskontować te głosy.

Artykuł drugi stanowi, że to stanowe organy ustawodawcze określają zasady wyboru członków kolegium elektorów. Ale w tym przypadku na kilka tygodni przed wyborami, to Sąd Najwyższy w Pensylwanii, a nie władza ustawodawcza, wydłużył czas na otrzymywanie i liczenie wysłanych pocztą głosów. Pewnie była to rozsądna decyzja w świetle pandemii koronawirusa i zapowiadanych problemów z pracą poczty, ale według prawników Trumpa, stanowy Sąd Najwyższy nie miał uprawnień do zmiany tych przepisów.

20 lat temu było - prawie - podobnie

Dwadzieścia lat temu, w orzeczeniu Sądu Najwyższego w sprawie George'a Busha przeciwko Alowi Gore'owi, większość sędziów głosowała ściśle według podziałów partyjnych, by zatrzymać liczenie nakazane przez sąd najwyższy na Florydzie. Decyzja ta została częściowo oparta właśnie na artykule drugim. Jest zatem wysoce prawdopodobne, że obecny Sąd Najwyższy stanie po stronie Trumpa w tej sprawie.

Czy to wystarczy?

Krótko - raczej nie. Jeśli Joe Biden wygrał stan z przewagą przewyższającą kwestionowaną liczbę głosów, to zwycięstwo Trumpa na podstawie artykułu drugiego niczego nie zmieni. Biden pozostanie zwycięzcą w Pensylwanii, tyle że z mniejszą przewagą. W tej chwili mówi się o ok. 10,000 głosów, które napłynęły po 3 listopada. Przypomnijmy, że przewaga wynosi ok. 45 tysięcy.

Przedstawiciele Trumpa poinformowali o złożeniu nowego pozwu w sądzie federalnym w Pensylwanii, starając się zablokować poświadczenie wyników sugerując, iż przedstawicielom republikanów uniemożliwiono obserwację liczenia ponad 680,000 głosów. Jednak nawet prawnicy prezydenta przyznają, że w każdym punkcie liczenia głosów byli ich przedstawiciele, w związku z czym eksperci prawni twierdzą, że sąd nie podejmie tak drastycznego kroku i nie unieważni tak wielkiej liczby głosów na podstawie hipotetycznych roszczeń, niepopartych dowodami.

„Sądy nie będą zakłócać wyników wyborów w oparciu o nieudowodnione i uogólnione twierdzenia o teoretycznej możliwości oszustwa” - uważa Michael Morley, adiunkt na Uniwersytecie Stanowym Florydy, który zajmował się sporami wyborczymi.

Podobne przypadki będą miały miejsce w Michigan, Nevadzie, Arizonie, Georgii i być może jeszcze innych stanach. Te procesy będą znacznie trudniejsze do wygrania dla sztabu Trumpa.

Podstawą procesu w Pensylwanii jest kwestia prawa konstytucyjnego, więc nie są potrzebne żadne dowody ani proces. Wystarczy decyzja SN, która będzie ostateczną.

Sprawy sądowe w innych stanach mają innych charakter. Obejmują sprzeciw wobec poszczególnych głosów, konkretnych działań i lokalnych przepisów. Aby zwyciężyć, konieczne jest przedstawienie dowodów. Wyzwania tego typu są skomplikowane i bardzo kosztowne, a jak wiadomo, wydatki na ten cel pokrywa strona wnosząca sprawę.

Żeby zwyciężyć, sztab musi wykazać, że głosów spornych było wystarczająco, by wpłynąć na ostateczny wynik wyborów w danym stanie, co łatwe nie będzie.

Aby Donald Trump mógł zmienić wynik wyborów, musi udowodnić, że w wystarczającej liczbie stanów było wystarczająco dużo głosów nieważnych. Musi udowodnić to w kilku stanach. W 2000 roku wszystko, co Bush musiał zrobić, to skupić się na Florydzie i mógł to zrobić w wykorzystując wyłącznie Sąd Najwyższy nie zaglądając do sądów. Tak więc ówczesna decyzja stanowi tylko częściowy precedens.

To normalny proces

Kwestionowanie wyników wyborów, żądania ponownego przeliczenia głosów, nawet wnoszenie pozwów, to część demokratycznego procesu w USA, nawet jeśli wydaje on się niezrozumiały dla reszty świata. Cztery lata temu na wniosek sztabu Hillary Clinton przeprowadzono powtórkę liczenia w czterech stanach. Niczego to nie zmieniło, choć Clinton przegrała wówczas w trzech spornych stanach - Wisconsin, Michigan i Pensylwanii - prawie 3 razy mniejszą liczbą głosów, niż Donald Trump przegrywa obecnie z Bidenem.

Trudno winić kandydata, że stara się odmienić nieprzychylny dla niego wynik. Jednak kiedy wyczerpie on już dostępne środki i metody, tradycja i społeczeństwo wymagają, aby przegrany ustąpił.

rj