Wykonał 27,000 krzyży i chce odpocząć
Tygodnik Polonijny Monitor wersja cyfrowa
----- Reklama -----

Udostępnij swoim znajomym:

Człowiek, który przez dziesięciolecia wykonywał białe krzyże, a także Gwiazdy Davida i półksiężyce symbolizujące ofiary masowych strzelanin, chciałby, by ktoś inny dalej kontynuował jego pracę.

69-letni Greg Zanis, emerytowany cieśla z Aurory w stanie Illinois, zrobił pierwszy krzyż w 1996 roku, gdy znalazł ciało zamordowanego teścia. Od tamtej pory zrobił ich ok. 27,000. Szacuje, że 21,000 z nich poświęconych było ofiarom strzelanin, choć wykonał ich wiele na pamiątkę ofiar tornad, pożarów, katastrof lotniczych, przemysłowych i wypadków.

Wykonanie każdego z ich zajmuje mu około godziny. Potem często widzimy je w doniesieniach telewizyjnych i medialnych zdjęciach z miejsc tragedii.

„Myślę, że zjednoczyłem nieco ludzi” – mówi Zanis – „Myślę, że zjednoczyłem trochę kraj. Pełne nienawiści strzelaniny zamieniliśmy w wydarzenia pełne miłości. Przełamałem wiele barier”.

Zanis jest człowiekiem bardzo religijnym. Dorastał w greckim prawosławiu i spędził wiele lat jako baptysta, choć z uśmiechem wspomina dawny okres „palenia trawki i spania w furgonetce” na Key West, czy wyścigów za kierownicą Pontiaca Trans Am w ramach Cannonball Run spopularyzowanego filmami z Burtem Reynoldsem.

Uważa, że masowe strzelaniny – zdaje sobie również sprawę, że są to mało popularne poglądy – są wynikiem odsunięcia się kraju od Boga, począwszy od 1962 r., gdy decyzją Sądu Najwyższego zakazano oficjalnej modlitwy w szkołach.

Religia ofiar nie miała jednak nigdy znaczenia dla Zanisa. Przeglądał nekrologi ofiar, by ustalić, czy należy przywieźć krzyż, Gwiazdę Davida, czy półksiężyc. Upamiętnił również w podobny sposób buddystów i ateistów, przygotowując odpowiedni symbol.

Zrobione przez siebie krzyże wiózł później w miejsce zbrodni lub katastrofy i ustawiał w pobliżu. W okresie ostatnich lat przejechał ponad 845,000 mil tylko podróżując w te miejsca. Były miesiące, gdy w trasie znajdował się codziennie. Często na budowę symboli i podróż brakowało mu pieniędzy, bo choć pojawiały się nieliczne datki na ten cel, zwykle płacił za wszystko sam.

Po 23 latach wykonywania tego zajęcia, czy też posługi jak sam mówi - Greg Zanis zdał sobie sprawę, że jego Crosses for Losses zaczęły zbytnio wpływać na zdrowie i finanse. Punktem przełomowym był wyjazd do El Paso w Teksasie, gdzie zawiózł kilkadziesiąt krzyży mających upamiętnić ofiary masowej strzelaniny w tamtejszym Walmarcie.

„Nie spałem przez dwa dni, było 106 stopni, zasłabłem i przewróciłem się, gdy usłyszałem, że odkryto jeszcze dwie ofiary tej strzelaniny” – wspomina Zanis.

Był w Columbine, Sandy Hook i Parkland. Postawił krzyże obok placu, gdzie zginęli uczestnicy festiwalu muzycznego w Las Vegas, a także obok klubu nocnego w Orlando.

„W każdym z tych miejsc zostawała cząstka mego serca” – mówi mężczyzna.

W 2016 r. zbudował ponad 700 białych krzyży, które niesione były później wzdłuż ulicy Michigan w centrum Chicago ku czci każdej osoby, jaka zginęła tego roku w mieście.

Kolejny krytyczny moment, przesądzający o porzuceniu tego zajęcia, był dla Zanisa luty br., gdy w jego rodzinnej Aurorze w wyniku masowej strzelaniny zginęło 5 osób. Wiedział, że coś jest nie tak, gdy zobaczył dziesiątki policyjnych pojazdów, usłyszał wycie syren. 15 minut później córka zadzwoniła z informacją, że niedaleko doszło do strzelaniny w jednej z lokalnych firm.

„Nie sądziłem, że może się to tutaj wydarzyć” – powiedział później w rozmowie z dziennikarzami - „Że zdarzy się to w moim rodzinnym mieście”.

Ostatnią podróż odbył do Saugus High School w Santa Clarita, mieście na północ od Los Angeles, gdzie dostarczył dwa krzyże. W drodze powrotnej zostawił 100 krzyży w kościele luterańskim w Las Vegas, który zacznie częściowo przejmować jego obowiązki. Do pełnienia podobnej roli zobowiązało się też kilkadziesiąt innych świątyń, a także parę osób prywatnych.

Na razie Zanis planuje zająć się renowacją starej limuzyny Cadillac Imperial z 1927 roku, która należała do gangstera z Chicago. Zapytany, czy nie uważa, że to dziwne spędzić lata na czczeniu ofiar przemocy, a następnie przywracać świetność samochodu, który kiedyś należał do brutalnego przestępcy, Zanis odpowiedział: „Trochę tak, ale ten pojazd to Mona Liza wśród Cadillaców, rzadki klasyk”.

Prace renowacyjne nad samochodem planował po przejściu na emeryturę, ale budowa i rozwożenie krzyży pochłonęły go całkowicie. Teraz ma zamiar przywrócić świetność pojazdu, który ma opuszczane, metalowe rolety w oknach, możliwość tworzenia zasłony dymnej, pełny pancerz, łącznie z dachem i otwory na broń. Kiedy dostał go 45 lat temu, samochód miał w karoserii 22 dziury po kulach różnego kalibru.

„To zajęcie pomoże mi oderwać się od tego, co dotychczas robiłem” – powiedział Zanis tłumacząc, że będzie to praca na pełny etat, a nie hobby.

„Jestem pracoholikiem” – dodał.

RJ

Udostępnij swoim znajomym: